Tatusiu, dokąd idziemy?

15 lipca 1965 r. umarł w opinii świętości ks. Aleksander Fedorowicz. To już kolejna (60-ta) rocznica, kiedy wspominamy Kapłana oraz jego pełne pasji życie, które z nieudawaną radością poświęcił Bogu i służbie ludziom. Z każdą kolejną rocznicą rośnie w nas mocne przekonanie, że rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego księdza Alego jest już bliskie, coraz bliższe…

Równo rok temu zamieściliśmy wspomnienia s. Klary o odchodzeniu Kapłana. Szczere, wzruszające, pięknie spisane. Zachęcamy do lektury.

👉 https://blog.przyjacielealego.pl/czy-ksiadz-ali-dziela-swego-dokonal-czy-dopiero-je-zacznie/

Dzisiaj chcemy celebrować pamięć o tym, jakim był człowiekiem. Wiele już napisano na ten temat, ale poniższe wspomnienia, publikowane po raz pierwszy, w naszym odczuciu tak prosto i zwyczajnie oddają człowieczeństwo ks. Alego. Ach, jakby się Go chciało spotkać na tych leśnych dróżkach…

***

Rekolekcje z księdzem Aleksandrem

Wysiedliśmy z niebieskiego autobusu, który kursuje na trasie Warszawa-Izabelin, na przystanku w Laskach. Było już zupełnie ciemno w ten listopadowy wieczór, gdy szliśmy drogą wśród wysokich sosen pachnących żywicą, w kierunku Domu Rekolekcyjnego. Blade światło latarki pozwalało wśród ciemności rozróżniać kontury otaczającej nas przyrody, której noc odebrała barwę, i pewniej stawiać kroki. Obok nas szła franciszkańska siostra z wyładowanym plecakiem na ramionach. Mąż wziął od owej siostry plecak i tak szliśmy otuleni ciszą nocy, pełni wewnętrznego skupienia. Przez ten odcinek drogi nie mówiliśmy prawie nic.

W Domu Rekolekcyjnym było jasno i ciepło. Pokoje przygotowane dla nas były na pierwszym piętrze, jeden naprzeciw drugiego.

Uroczystość dnia, jaki przeżywaliśmy, podkreślały przypięte białe wstążeczki i złote obrączki na naszych palcach. Był to dzień ofiarowania NMP (21.XI.1949), w którym uroczyście ofiarowaliśmy sobie miłość i wierność, a na znak wspólnych odtąd naszych dni zamieniliśmy ze sobą obrączki.(…)

Po południu na ciche pukanie do pokoju odpowiedzieliśmy zgodnie – prosimy! Otworzyły się drzwi. Ksiądz wszedł i usiadł naprzeciw nas. Wówczas zobaczyliśmy go po raz pierwszy. Wysoki, dobrze zbudowany, o pogodnym, pełnym dobroci spojrzeniu. Był to ks. Aleksander Fedorowicz (jak dowiedzieliśmy się później), który przyszedł do nas z rekolekcyjną nauką.  Ale to my szczęśliwi i dumni zaczęliśmy mówić o sobie i o naszych planach na przyszłość. O tym jak w okresie narzeczeństwa wypracowaliśmy nasz ideał rodziny i co chcemy osiągnąć.

A on siedział i słuchał naszych wynurzeń. Jego pokora w tak zaskakującej sytuacji nakazywała mu milczenie. Naszego gadania – o ile pamiętam – nie przerwał ani jednym słowem. Słuchał nas uważnie i z pełnym zainteresowaniem. Czuliśmy to, że jesteśmy mu bliscy. Otwarcie się na sprawy drugiego człowieka i wyczulenie w kierunku bliźniego można było zauważyć przy pierwszym zetknięciu. Samą swoją postawą świadczył o Chrystusie i realizował Królestwo Boże na ziemi.

Następnego dnia przyszedł do nas znowu jeszcze bardziej pokorny, bo przecież nie mógł przewidzieć jak zareagujemy na jego ponowną wizytę.  W poczuciu wypełnienia obowiązku, przyszedł aby nam mówić o tym, że w życiu będziemy mieli wiele trudności, że nie jest ani tak łatwo ani tak prosto, jak to się nam wydaje i marzy. Mówił, że zapewne będziemy przeżywali wiele konfliktów nawet w stosunku do siebie samych i żebyśmy wierni łasce, umieli przetrwać te trudne okresy, kiedy będziemy się nawzajem nienawidzić.

Pamiętam, że wtedy serdecznie przytuliłam się do mojego męża i nie mogłam pojąć dlaczego mówi nam to w chwili, kiedy jesteśmy tacy szczęśliwi we dwoje. Wydawało mi się, że taki kryzys nigdy nie będzie naszym udziałem.

Tak się złożyło, że wyjeżdżaliśmy z Lasek w towarzystwie ks. Alego. Przez całą drogę opowiadaliśmy księżowskie dowcipy. Śmiał się serdecznie i dziwił skąd my tyle znamy księżowskich kawałów.

Ks. Alego spotykaliśmy jeszcze kilka razy. Zawsze pełen radosnego uśmiechu i prawdziwej pokory, wyczulony na potrzeby drugiego człowieka. Słyszeliśmy o nim bardzo dużo dobrego. A o tym jak wzorowo zorganizował parafię w Izabelinie, gdzie od roku 1951 był proboszczem, mogliśmy sami się przekonać, przebywając na terenie Izabelina kilka tygodni.

Niebieski autobus mija przystanek w Laskach, wysiadamy w Izabelinie. Idziemy piaszczystą ścieżką wijącą się wśród gęstych krzewów jałowca. Obok nas Piotruś.

– Tatusiu, dokąd idziemy?

– Na cmentarz, tam jest grób ks. Aleksandra, proboszcza parafii Izabelin, który umarł w lipcu 1965 r.

Krystyna K.

***

Spotkajmy się dzisiaj przy grobie ks. Aleksandra na izabelińskim cmentarzu.🩵

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.