Uśmiech księdza Alego


Każdy święty chodzi uśmiechnięty 🙂

Słowa te mogą pobrzmiewać w uszach jak banał, ale jakże są prawdziwe 🙏🏻

Ksiądz Aleksander zapisał się we wspomnieniach parafian i przyjaciół jako kapłan z serdecznym, nieprzemijającym uśmiechem na twarzy. Właściwie, gdyby się zastanowić, to nie natknęliśmy się w zebranych świadectwach z innym Jego obrazem. Nawet w najtrudniejszym dla Niego czasie choroby i cierpienia, nie okazywał choćby odrobiny zniechęcenia czy załamania. Owszem, „bywał niekiedy bardzo smutny i prawie płakał, gdy w jego parafii stało się jakieś nieszczęście, wypadek, przestępstwo”. Był empatyczny i współczujący ale i pogodny, radosny. Zmarły niedawno ks. Piotr Pawlukiewicz, znany duszpasterz akademicki, który swoją pracę doktorską poświęcił ks. Alemu, wspominał, że w chwilach wielkiego bólu związanego z własną chorobą, uczynił tego kapłana swoim powiernikiem, któremu „… nieraz coś tam szepnę … jak coś nie wychodzi, czy z czymś już nie daję rady, że łóżko się wpija w plecy w nocy, to jest cichy przewodnik po tych skomplikowanych i tajemniczych drogach cierpienia”.

S. Maria, franciszkanka z Lasek, wspominała, że po powrocie do Lasek po prawie czteroletniej nieobecności zastała tam ks. Aleksandra, przybyłego na zaproszenie swojego brata ks. Tadeusza. „Młody, ogromny ksiądz miał uderzająco skupioną twarz, którą przy spotkaniu z każdym człowiekiem rozjaśniał uśmiech pełen szczerej życzliwości skierowanej do tego właśnie spotkanego człowieka”. Takie było jej wrażenie pierwszego i kolejnych z Nim spotkań.

Ten charakterystyczny i ujmujący wszystkich uśmiech stał się swoistą „wizytówką” księdza Alego. Do tego stopnia, że nawet książka, która wydana została w 2001 r. z inicjatywy ówczesnego proboszcza ks. M. Cholewy, opowiadająca o historii izabelińskiej parafii od jej powstania do lat 80- tych, nosi tytuł nomen omen: „Uśmiech księdza Alego”.

Co takiego było w tym Kapłanie, że książka traktująca przecież całościowo o historii parafii została tak zatytułowana? Na podstawie zebranych wspomnień i świadectw o księdzu Aleksandrze postaramy się odpowiedzieć na to pytanie.

„Ta twarz naszego kochanego i nigdy nie zapomnianego Księdza Proboszcza… Zawsze uśmiechnięty, gdy mówił do nas w kościele z lekka oczy przymrużał i wpatrywał się w nas, widział nas wszystkich i każdego z osobna. O wszystkich pamiętał, bardzo często wymawiał te słowa: my jesteśmy rodziną, kochajmy się i szanujmy”. Szczególnie mocno zapadł w pamięci parafian obraz księdza Aleksandra, który, gdy zaczynał kazanie, przez chwilę spoglądał na wiernych z serdecznym uśmiechem. „Każdy z obecnych był w zasięgu tego spojrzenia i uśmiechu”. Wzbudzało to w tych, którzy po raz pierwszy uczestniczyli we Mszy św. przez Niego odprawianej, lekką konsternację i zdziwienie: „Było to w kaplicy laskowskiej i kiedy odwrócił się po Ewangelii od ołtarza, przed dłuższą chwilę czekało się, żeby zaczął mówić. Ze zdziwieniem spojrzałam dlaczego jeszcze nie zaczyna. Tymczasem zobaczyłam jego uśmiech tak jakiś serdeczny, tak obejmujący wprost czule ludzi, że zrozumiałam, że zwłoka nie jest spowodowana tremą, że nie brak mu słów, tylko że on w ten sposób przygotowuje kazanie, przygotowuje atmosferę, w jakiej ma mówić. Okazuje ludziom, każdemu z osobna, tak jak potrafi, swoją a zarazem Bożą miłość”.

Podczas rekolekcji dla chorych, samotnych i niepełnosprawnych w Łaźniewie, lipiec 1963r.

Tę miłość, gotowość służenia, okazywał przede wszystkim swoim życiem. „Kiedyś przyszłam do Domu Rekolekcyjnego około godziny 22-ej w poszukiwaniu jakiegoś księdza, bo byłam w stanie desperackim z powodu zewnętrzno – wewnętrznej burzy. Dowiedziawszy się, że nikogo nie ma, zupełnie przybita stałam jeszcze w przedsionku, gdy drzwi się otworzyły i wszedł ks. Aleksander – spracowany, zmęczony do ostatka. Natychmiast zorientował się w sytuacji i z serdecznym uśmiechem, pokrywając zmęczenie, ofiarował swą pomoc. Nigdy tego nie zapomnę”. Niby taki drobiazg, ale dogłębnie poruszył czyjeś serce…

Dla wszystkich miał czas, nigdy się nie śpieszył. (…) Często w Laskach słyszało się turkot jego motocykla. Mówiło się wtedy: O!, proboszcz jedzie! I rzeczywiście – zjawiała się zwykle jego wysoka sylwetka w ciemnej sutannie – w kaplicy, albo w domku rekolekcyjnym, albo gdzieś w alejkach laskowskich. Zawsze chciało się go zobaczyć, porozmawiać. Nigdy nie okazał zniecierpliwienia, nie odprawiał z niczym natrętów. Zresztą nie trzeba było wiele. Parę cichych słów, uważne spojrzenie ciemnych oczu, przenikające człowieka do dna i uśmiech serdeczny, rozświetlony od wewnątrz, ukazujący to głębokie szczęście wewnętrzne, które było jego udziałem”.

Szczęście wewnętrzne

„Gdy go zapytano jak to robi, że zawsze jest taki spokojny, pogodny i cierpliwy, odpowiedział, że to nie jego zasługa, takie ma usposobienie”. I jak widać również tutaj był bardzo pokorny w postrzeganiu swoich zasług. Dzisiaj śmiało możemy powiedzieć, że to wewnętrzne szczęście, którego wyrazem był m.in. ten uroczy, nieznikający z twarzy i przyciągający wszystkich uśmiech, miało źródło w żywej relacji z Bogiem.  „Pewna osoba powiedziała: ‚Ks. Ali robi wrażenie, że stale jest przed Bogiem i że tylko na chwilę odchodzi, aby porozmawiać ze mną’. I to chyba jest najistotniejsze co można o Nim powiedzieć: był stale przed Bogiem i promieniował”.

Co oznacza „promieniował” tego osoba pisząca to świadectwo nie sprecyzowała. Może chodziło o swoistą „chłopięcość”, o której ks. Zieja tak napisał: „Jego promienny uśmiech zniewalał. Wiele osób zwracało uwagę, że ksiądz wygląda jak chłopiec, duży chłopiec – taka młodzieńczość i jakaś cudowna chłopięca świeżość i czystość biła z jego postaci. (…) Wszystko w nim było nacechowane zwyczajnością, niezwykłą prostotą, zawsze ściśle oddającą prawdę bez upiększeń, bez jakiejkolwiek przesady. W nim był i dookoła się roztaczał pokój”.

Wraz z parafianami przed wyruszeniem na pielgrzymkę spod izabelińskiego kościoła.

Zalecał zawsze brać sprawy i ludzi ze strony pozytywnej, oceniać dobro, którego tyle jest w świecie i cieszyć się nim. (…) Wprowadzał w duszę miłość Bożą i pokój Boży przez sam sposób podejścia do człowieka. Rozumiał jednak nędzę ludzką i wiedział, że trzeba sto i tysiąc razy powtarzać to, co dźwiga dusze, bo człowiek wciąż opada swym ciężarem”.

Choć był człowiekiem radosnym, to, jak pisze ks. W. Lewkowicz, „surowym, o głębokim spojrzeniu – jak mówiono – przeszywającym duszę na wskroś”. Myliłby się ten, kto sądziłby, że ksiądz pobłażał ludziom w ich grzechach. Ks. Gogolewski: „Był dziecięcy, ale nie naiwny. Miał swój sąd krytyczny, także o ludziach z Nim zaprzyjaźnionych, i to nawet wysoko postawionych. Ze zdumieniem usłyszałem raz z Jego ust słowo „bałaganiarz” w odniesieniu do pewnego poczciwego Dziekana, który wysilał się na zewnętrzne akcje duszpasterskie”. A franciszkanka s. S. Weissenhoff wspominała: „A grzmieć też potrafił. Może być, że w ostatnich latach pozostała sama łagodność, ale poprzednio… (…) Gdy młodzież lekceważąco zachowywała się w kościele, gdy dorośli parafianie nie spełniali swych obowiązków, a szczególne, gdy żyli w niezgodzie i nienawiść w nich rosła – słyszałam jego gniew.  A raz, chyba wyjątkowo, w rekolekcjach dla sióstr w Laskach (…) gniewał się. (…) Po rekolekcjach, gdy siostry swoim zwyczajem hurmem pospieszyły powiedzieć ‚Bóg zapłać, dziękujemy’, wtedy się pokornie zdziwił: ‚Myślałem, że siostry nie przyjdą, bo tak nakrzyczałem na siostry’ (a prawda, że krzyczał!)”. Kochał i wymagał, tym mocniej im więcej ktoś od Boga otrzymał. Tu nie było żartów! Cieszył się jednak jak dziecko, gdy widział parafian lgnących do Boga. „Przypominam sobie jak raz siedziałem naprzeciw niego, kiedy spowiadał. Widziałem jak się uśmiechał, jak się bardzo cieszył. Po spowiedzi zapytałem go dlaczego się tak śmieje, z czego się tak cieszy? Odpowiedział: ‚No cóż mam robić, cieszę się razem z Panem Jezusem. To przecież dla Niego największa radość, gdy używa mnie do oczyszczania duszy ludzkiej, która do niego powraca’. Po tych słowach zacierał ręce z ogromnego zadowolenia”. Cieszył się również podczas udzielania Komunii św.: „Jak udzielał Komunii świętej to bardzo często się uśmiechał, po prostu cieszył się, że ludziom daje Boga”. „A raz zapytała mnie pewna studentka, czy znam Księdza z Lasek, który przy rozdawaniu Komunii św. śmieje się. Mówiła, że jedzie tam specjalnie, aby Go w takim momencie zobaczyć”.

W pociągu podczas jednej z pielgrzymek do Częstochowy.

„Na pewno nie miał o sobie i o swoim wdzięku zbyt wygórowanego pojęcia. I byłby się pewnie serdecznie uśmiał  z czynów, które mu przypisywano. Lubił się śmiać i śmiał się bardzo ładnie, wdzięcznie, młodo”. „Rozmowy z nim na rekreacjach czy przechadzkach były miłe, pełne radości i śmiechu. Umiał opowiadać wesołe żarty, utrzymane zawsze w granicach przyzwoitości”. Kolega z czasów studenckich wspominał wykłady, na których „w tych ostatnich minutach przed wejściem Profesora z ich ‚kąta’ dochodziła salwa śmiechu. ‚Ich’ to znaczy: ks. Ali, Ludwik S. którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć i trzeci, którego też nie pamiętam jak się nazywał”.

S. Bogdanowicz, franciszkanka z Lasek, w swej urzekającej szczerości napisała: „Do Lasek po raz pierwszy przyjechały małe siostry (zapewne chodzi o Małe Siostry Jezusa – przyp. FPA). W autobusie spotkałam nazajutrz księdza. Był pełen entuzjazmu. Mówił z zapałem na ten temat. Odpowiedziałam mu, że to wcale nie odpowiada polskiemu charakterowi, ja tam wolę 50 lat ciężko pracować niż jeden rok bez ustanku dawać dobry przykład. Zaczął się śmiać, jak chłopcy w klasie, gdy im powiedzieć coś zabawnego. Na drugi dzień spotkałam go w Laskach. Szedł z kimś, kiedy mnie zobaczył, powtórzył naszą wczorajszą rozmowę i bardzo się znów śmiał”. ZaprawdęKsiądz miał wielkie poczucie humoru! (Ale o tym w innym wpisie.)

Rekolekcje dla chorych i niepełnosprawnych w Łaźniewie, 1963 r.

Jego pogodne usposobienie oparte na głębokiej wierze zadziwiało też lekarzy i pielęgniarki, opiekujące się księdzem w czasie bolesnej choroby nowotworowej. S. Klara Jaroszyńska: „Trudno było poznać, kiedy cierpiał bardziej. Usiłowałam to nieraz odgadnąć. Potem zdawało mi się, że chyba wtedy cierpiał bardziej, gdy się uśmiechał. Zapytałam: ‚Tak się ksiądz dziś uśmiecha, czy więcej boli niż zwykle?’ ‚Dotąd jak bolało – wyznał – rzeczywiście próbowałem się uśmiechać, ale to wcale nie tak łatwo. Teraz już tak nie potrafię jakbym chciał”. Cieszył się, gdy w 1965 r. mógł spędzić swoje ostatnie święta Wielkanocne z parafianami, choć był już wtedy bardzo cierpiący. „Był bardzo blady, ale wewnętrznie uśmiechnięty”. Nie była to naiwna radość, kochał życie, ale pogodził się z wolą Bożą, choć było to na pewno niełatwe. S. Klara Jaroszyńska: „Kiedyś po południu wysunął się również do kaplicy. Po chwili usłyszałam głośny płacz. Słyszałam go już nie po raz pierwszy. Przed wyjazdem ze szpitala ksiądz również płakał. Teraz powiedział jakoś tak szorstko: „Niech siostra mnie zostawi”.

Nawet tuż przed śmiercią (w czerwcu i lipcu 1965 roku) nie myślał o sobie, nie skupiał się na swoim cierpieniu. „Cierpiał bardzo, uśmiechał się jednak, chyba by nas nie martwić. Na polecenie byśmy podłożyli ręce, bo tam boli – sprostował, że i to boli, ale to trudno. Do odwiedzających – przesuwających się obok łóżka, czy przed otwartym oknem Ksiądz proboszcz starał się być uśmiechnięty lub chociaż spojrzeć w miarę sił”.

„Nie zapomnę również nigdy, kiedy na łożu boleści przed śmiercią żegnał swoich parafian i błogosławił, anielski i rozmiłowany uśmiech nie ustępował z Jego czcigodnej twarzy”.

Było to na 2 tygodnie przed śmiercią ks. Alego. Uśmiech, jakim mnie żegnał miał coś z odblasku nieba, szczęścia, odchodzenia w światłość, zanurzania się w Chrystusie”.

„Gdy wychodziłam na autobus, zatrzymałam się przy otwartym oknie pokoju Księdza i wtedy s. Klara powiedziała mocno: niech się Ksiądz uśmiechnie ostatni raz do s. Almy. I uśmiechnął się posłusznie – jakby się niebo otwarło – Amen”.

P.S. Jak mniemamy, poruszona spisanymi świadectwami lub żywymi jeszcze wspomnieniami o ks. Alim, s. Vera – Ikon, napisała wiersz o ks. Aleksandrze w 10 rocznicę Jego śmierci. Z wiersza wynika, że Siostra nie znała bezpośrednio Kapłana, co dobitnie pokazuje, jak wielkie wrażenie wywarł i wywiera On nadal na ludziach (że nawet wiersze o tym sławnym uśmiechu piszą 🙂).

15.VII.1975. Siostrze Brunonie na Imieniny – 10- lecie śmierci ks. Aleksandra

 

Uśmiech Boga 

Są takie oczy, co są jak kwiaty

co pośród łąki rosną nieznane

i chociaż zdają się zapomniane

swoim istnieniem otworzą kraty!

 

Swoim istnieniem otworzą bramy,

uwolnią więźniów, smutnych pocieszą,

na pomoc głodnym braciom pospieszą,

przerwą granice, uniosą tamy.

 

Są tacy ludzie, co swoim życiem

świadczą o Bogu nawet bez słowa

i wkoło wzrasta pszenica nowa –

choć oni sami zostają skryci.

 

Przedziwnie w kwiatach dla mnie się cały

Ksiądz Aleksander zawsze ukrywa –

tak bliski ziemi i taki mały –

uśmiech mnie jego w Niebo porywa.

 

Choć znam ten uśmiech tylko z obrazków,

czuję w nim życie i słońca promień

i jakaś dziwna płynie zeń łaska

i w sercu święty zapala płomień.

 

Wiem, że spotykam w Nim uśmiech Boga

i wdzięczna jestem zań, jak za życie…

i znów się Krzyża otwiera droga,

co wiedzie prosto w pokory skrycie! …

s.Vera-Ikon

*Użyte w tekście cytaty bez odniesienia do autora, pochodzą ze świadectw parafian.

2 Replies to “Uśmiech księdza Alego”

  1. Módlmy się za wstawiennictwem ks.Aleksandra, aby nam z NIEBA podarował swój uśmiech:) ,abyśmy mogli obdarowywać nim innych. Niech ten niesamowity BOŻY DAR ,jaki otrzymał ks.ALI nigdy nie zgaśnie 🙂
    J.G

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.