s. Klara Jaroszyńska
***
Ludzie. cd.
Wędrówki po operacji to osobny rozdział życia Księdza. Było ich wiele. Właściwie były nieustanne. Ksiądz uważał je na pewno za najważniejszą i najskuteczniejszą metodę duszpasterską. “Uważał” – tak po swojemu – bez kalkulowania, teoretyzowania. Po prostu kochał ludzi, tych swoich parafian i czuł, że najbardziej im służy przez bezpośredni kontakt z każdym z nich w ich naturalnej społeczności, w naturalnych warunkach – w ich, po prostu, domu.
Więc chodził. Chodził niezmordowanie, nieustępliwie, w upał, w mróz, w pluchę. Gdy był zdrów i gdy ledwo wlókł się od chaty do chaty. I wtedy właśnie, gdy wybierał się na jedną z tych przechadzek po swej parafii, przyjechał niespodziewanie pewien młody mężczyzna szukać u niego ratunku. Był w rozpaczliwej, beznadziejnej sytuacji, w jednej z tych, w których wydaje nam się, że jesteśmy zapędzeni w ślepą uliczkę, że nie ma dla nas wyjścia, że wszystkie rozwiązania są grzeszne i gubią nas na wieczność. Chciał od Księdza rady, pomocy albo lepiej decyzji, której on sam nie miał siły powziąć. Nie wiedział, że decyzję można podejmować tylko samemu, a pomocny w tym może być tylko Bóg. I rzecz w tym, żeby Go nie stracić z oczu, żeby Go umieć dojrzeć.
A więc Ksiądz mu Go pokazał. Właściwie obeszło się to bez słów. Ksiądz właśnie wychodził. Poszli więc razem. Dzień był upalny. Chłopak w samej tylko koszuli, spodniach. Ksiądz w swojej ciężkiej, grubej sutannie. “Byłem zziajany – pisze – on chyba dużo więcej. Słuchał mnie uważnie, serdecznie, wnikliwie… Szliśmy piechotą przez pola, zagajniki, zabudowania…”
Odwiedzają starych, samotnych, młode małżeństwa, rzemieślników wykonujących roboty do kościoła. I właściwie nic się nie dzieje. Ksiądz pyta, rozmawia, doradza ludziom, umawia się z robotnikami o robotę, a obok idzie młody mężczyzna, ze swoją tragedią i rozterką i czasem mówi, czasem patrzy tylko i słucha. Wie, że to wszystko nie było zareżyserowane, że bierze udział w zwykłej, codziennej pracy proboszcza, a przecież czuje, że ksiądz Aleksander po prostu mu w jego cierpieniu towarzyszy, że dla niego idzie w tym upale przez parafię, że mówiąc dobre, proste, krzepiące słowa ludziom – mówi do niego”.
„Mogłem wtedy – pisze – skonfrontować swoje tragedie, powikłania i ciężary z potrzebami i bólami innych ludzi”.
I wtedy staje się to najważniejsze, bo nagle uzmysławia sobie działanie Boże w Kościele, z którego nie jest przecież wykluczony.
A ksiądz Aleksander milczy. Słucha uważnie młodego człowieka i spełnia swoje duszpasterskie funkcje, a przecież „rozumiał wszystko, wszystko widział i mówił bardzo serdecznie i bardzo pokornie, że się będzie modlił za mnie i za tego kogoś drugiego o wyprostowanie drogi”.
„Towarzyszył mi”– kończy swoją relację z jednej z wędrówek izabelińskiego proboszcza po parafii. Towarzyszył mu do końca.
Przed samą śmiercią uśmiechnął się do swojego młodego przyjaciela, gdy mu ten szepnął, że zrozumiał, że nie ma ślepych uliczek w życiu, gdy jest Bóg.
cdn.