Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #3

***

W kraju dzieciństwa c.d.

 

Klebanówka miała i swoją przeszłość historyczną, bohaterską. „W roku 1831 w Chlebanówce zakończyła się historia powstańczej armii gen. Dwernickiego. Przyciśnięty przez moskiewskie wojska Dwernicki przeszedł w okolicy Zbaraża granicę galicyjską i w Chlebanówce 1 maja złożył broń w ręce władz austriackich”.

Generał Józef Dwernicki na czele szwadronu krakusów im. ks. Józefa Poniatowskiego

źródło: Wikipedia

Tak pisały książki, a rodzinna tradycja mówiła nawet, w którym pokoju został podpisany ów historyczny akt kapitulacji. Właśnie w gościnnym, z wejściem z ciemnego korytarza, gdzie był „piec z cegły bielony wapnem”. Nie pomińmy i tego szczegółu. W świecie lat dziecinnych wszystko ma znaczenie. Można również dokładnie odtworzyć z pamięci, w którym miejscu i jakie były okopy Dwernickiego, tak świetnie nadające się do dziecinnych zabaw, i jakim dreszczem przejmowała świadomość, że gdzieś na klebanowskich polach są zakopane armaty, i jak wzruszało to, że żołnierze śpiewali na nutę „Witaj majowa jutrzenko” – „Chlebanówki piękne wzgórza garstka Polaków osłania”.

Klebanówka opromieniona jest jeszcze jedną szczególną sławą. Jest wymieniona w Ogniem i mieczem. W niej bowiem pan Zagłoba, jadąc ze Zbaraża z Rzędzianem po Helenę, kupował konie i okrycia kozackie. „Wierszułł i inni oficerowie, wiedząc o śmierci kniaziówny, nie przypuszczali, by odjazd małego rycerza z Zagłobą był w jakimkolwiek związku z narzeczoną nieszczęsnego Skrzetuskiego, i sadzili, że to do niego raczej wyruszyli dwaj przyjaciele, tym bardziej, że był miedzy nimi Rzędzian, o którym wiedziano, że Skrzetuskiemy służy. Oni zaś pojechali wprost do Chlebanówki i tam czynili przygotowania do pochodu. Zagłoba zakupił przede wszystkim za pieniądze pożyczone od Longina pięć rosłych koni podolskich zdolnych do dalekich pochodów, których chętnie używała jazda polska i starszyzna kozacka”.

Chyba dość tytułów do sławy „naszej Klebanówki”. Ale opuśćmy tajemniczy strych pełen rupieci i starych szpargałów. Dwór w Klebanówce ma nie tylko garderoby, kredensy, strychy i zakamarki. Ma jeszcze tarasy. „Z  tarasu wschodniego na północny, niższy, schodziło się po trzech schodkach. Na tym północnym tarasie na rusztowaniu z półek w miesiącach letnich stały najróżniejsze rośliny i kwiaty doniczkowe, tworząc bogatą i ładną ozdobę całej ściany, sięgając miedzy oknami aż po dach. Matka szczególnie kochała kwiaty, kwiaty były jedyną chyba pasją mamy. Taras od wschodu otrzymał nowe mniejsze płyty, chyba cementowe. Dawniej były to duże, ciężkie płyty z piaskowca, częścią przynajmniej trembowelskiego. Był to piękny, wartościowy piaskowiec, czerwony, silny i ciężki. Dobywało się do w kamieniołomach pod Trembowlą. Niektóre płyty na tarasie były nieszczelnie ułożone i ruszały się. czasami podnosiliśmy je i znajdowaliśmy pod nimi żaby. Gdy padał deszcz, żaby wychodziły na wierzch płyty. Z tarasu prowadziły szerokie schody do ogrodu (…)”.

Dwór w Klebanówce poza tymi peryferyjnymi, choć niezmiernie dla dziecka ważnymi pomieszczeniami, miał również i zasadnicze – pokój jadalny, salon, kancelarię ojca, pokoje mamy. Każdy pamięta się z fotograficzną dokładnością.

 „Za salonem był pokój jadalniany, spory, podłużny z dwoma oknami na południe do ogrodu. Był raczej ciemny, bo wysokie drzewa zasłaniały światło. W środku pokoju stał duży mahoniowy stół, rozkładany, a wkoło mahoniowe krzesła z zielonymi poduszkami. Ten stół i zielone poduszki najbardziej pamiętam z jakiegoś wiosennego poranka w dzieciństwie. Gdy wszedłem do pokoju jadalnianego, zobaczyłem na stole i krzesłach wpadający przez otwarte drzwi salonu promień rannego słońca w chwilę po wschodzie.  Taki w tym był urok światła i zapachy wiosny zza okien, że stanąłem jak urzeczony i do dziś to urzeczenie przeżywam”.

W tym to pokoju „herbatę dawano czasem wieczorem, dla starszych, albo po kolacji. Tanas przynosił samowar nastawiony w kredensie, gdzie dla rozpalenia węgli w samowarze dmuchało się od góry albo mieszkiem od kominka, albo butem, który tworzył poniżej cholewy harmonijkę i przez to nadawał się na miech. Matka parzyła herbatę w czajniku. W tym ceremoniale było coś uroczystego. Szczególny urok miał spokojny wieczór, gdy samowar dogasając cicho syczał i cieniutko pogwizdywał, a nam było dobrze”.

Dwór w Kamionkach, do którego Fedorowiczowie przenieśli  się w 1922 r.

Dobrze też było wieczorami w salonie. „Tu w salonie siedziało się długo wieczorami przed kominkiem. To były cudowne chwile spokoju, bezpieczeństwa, radości, nie uświadomionej miłości i szczęścia. Starsi siedzieli w fotelach i czytali czy rozmawiali, a my leżeliśmy wyciągnięci na dywanach i patrzyliśmy w ogień. Mama bardzo lubiła palić w kominku. Były szczypce, był haczyk do ognia, były mieszki do dmuchania dla podsycania ognia. Paliło się zwykłym drzewem opalowym, starymi gontami po zmianie dachu, zielonymi i suchymi gałęźmi sosen. Żywy, wesoły ogień, ciepły, miły, jasny krąg światła lampy naftowej stojącej na stole, poczucie bezpieczeństwa i pokoju przy dobrych, kochających rodzicach – wszystko to stwarzało atmosferę i nastrój, w którym czuliśmy się szczęśliwi”. Tylko, że wtedy przychodziła „Madamcia” i zabierała ich na spanie. Chowali się przed nią pod fortepian.

cdn.

* S. Klara Jaroszyńska w opisie klebanowskiego dworu wykorzystała wspomnienia ks. Tadeusza Fedorowicza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.