Gdy byłem mały, pacierz mi ciążył.

Ks. Aleksander nie zwierzał się ze swoich przeżyć związanych z intymną relacją z Bogiem – zarówno, gdy był dzieckiem, jak również w dorosłym wieku. W dzieciństwie niczym szczególnym się nie wyróżniał, był zwyczajnym chłopcem. Ale to wtedy po raz pierwszy doświadczył obecności Boga. Ks. Tadeusz Fedorowicz tak to podsumował: ” … ogarniała go ogromna świadomość rzeczywistości i Boga. Miał umysł metafizyczny i przeżywał rzeczywistość, szok metafizyczny, jak to nazywają Francuzi, że to jest. Z tym, że jest ten świat, łączyła mu się równocześnie świadomość rzeczywistości Boga. Od tego czasu przyszedł ten nurt modlitwy, tej wewnętrznej modlitwy”. Ks. Aleksander: „Dziś rozumiem, że to nie była ‚moja’ modlitwa”.

Dopiero przed śmiercią, możliwe, że na prośbę s. Klary Jaroszyńskiej, napisał krótką notatkę o własnej modlitwie. Widocznie siostra miała ukryte pragnienie poznania jak modli się święty… 🙂 Dzięki temu my również możemy lepiej zrozumieć tę duchową rzeczywistość. Będziecie zaskoczeni…

 

*

NOTATKI O MODLITWIE 

(z papierów pośmiertnych ks. Aleksandra Fedorowicza)

 

Gdy byłem mały, pacierz mi ciążył, litania do Matki Boskiej, którą Mama odmawiała przez cały maj, nie miała końca, nie mogłem się doczekać zakończenia niedzielnej Mszy. Kiedy zacząłem się modlić, nie pamiętam. Może miałem 10 lat. Skąd mi się to brało nie wiem. Nagle gdzieś na polu, w ogrodzie, gdziekolwiek – ogromna świadomość rzeczywistości i Boga, i modlitwa, która nie wiadomo gdzie miała źródła, a była otwarta na nieskończoność. W takich chwilach każdy liść, kamień, chmura stawały się dotykalnym świadectwem. Gdybym znał wtedy psalmy, one by ze mnie wyrywały to, co nosiłem w sercu. Byłem szczęśliwy. Dzisiaj rozumiem, że to nie była «moja» modlitwa. Pacierz nadal mi ciążył, bezradnie walczyłem z sennością, pół leżąc, pół klęcząc przy łóżku. Dom był katolicki, ale niespecjalnie «pobożny», nic nam nie narzucano i nie włażono do duszy z butami. Jedynym świadkiem modlitwy i życia duchowego był Bóg. Miałem 14 -15 lat, gdy zacząłem codziennie chodzić na Mszę św. i do Komunii św. Mszy nie rozumiałem, ale Komunia stała się dla mnie wszystkim. Traktowałem ją, oczywiście, jako moje osobiste spotkanie z Panem Jezusem. Żadnych momentów społecznych jeszcze nie przeżywałem, choć dobrze się czułem w tłumie modlących się ludzi. Księży i ołtarza bałem się. Nigdy nie byłem ministrantem. Kiedyś jakiś braciszek zakonny zaciągnął mnie do zakrystii i kazał klęczeć przy ołtarzu w czasie Mszy św. Byłem nieszczęśliwy. Służyć do Mszy św. nauczyłem się dopiero w seminarium duchownym. Przy Komunii św. posługiwałem się jakąś książeczką, ale modlitwa była poza tym, ewentualnie każde słowo z książeczki nabierało smaku nieograniczonego. Podobnie było z czytaniem. Jedną książeczką o dobroci Boga żyłem kilka lat. W seminarium Ojciec Duchowny dał mi jakąś książeczkę, nie pamiętam jaką. Czytałem ją przez cały rok, bo każde zdanie rosło w sercu ogromnie. Poza tym nie byłem wcale potulnym aniołkiem. Hipotekę miałem dość zabazgraną. Nie pamiętam żadnych wzniosłych myśli z mojej pierwszej Mszy św. Wiem tylko, że się bałem, żeby się nie pomylić i oczywiście myliłem się w początkach często. Odprawianie Mszy św. przez kilkadziesiąt lat mego kapłaństwa to długa droga, ale droga najszczęśliwsza, na której odnalazłem najpierw Boga, potem Kościół i w końcu swoich parafian. Chciałbym, żeby z kolei oni odnaleźli we Mszy św. Boga, Kościół, mnie i samych siebie, ale nie wiem, jak to zrobić. Tego się nie osiągnie żadną zewnętrzną techniką. Psalmy odkryłem zawstydzająco późno, po długich latach odmawiania brewiarza. W ogóle dopiero teraz zaczynam rozumieć, że ta sama rzeczywistość, którą w sobie noszę od dziecka i która mnie w pewnych momentach zalewa, tętni w całym Piśmie św. Bóg jest tam żywy nawet w przekleństwach i bezeceństwach. Ta rzeczywistość Boga, którą znajduję w modlitwie i w Piśmie św. daleko odbiega od sylogistycznych wniosków u kresu którejkolwiek drogi prócz tej jednej, którą jest Objawienie. Z wielkim wstydem wyznaję, że prócz brewiarza inne tzw. ćwiczenia duchowne, nowenny, adoracje, czytania duchowne, ogromnie zaniedbywałem. Nadmiar pracy na przemian z lenistwem, a w końcu przyzwyczajenie były tego powodem. Bóg jest niezmiernie dobry, że mimo tych niedbalstw i innych grzechów nie odebrał mi modlitwy. Ja często nie dbałem o Niego, ale On zawsze mi towarzyszy. Oby był równie cierpliwy i miłosierny do końca. Na ulicy, w lesie, w polu, wśród zboża jest ze mną. Kiedy piszę to: „Jest ze mną”, czuję szczęście w sercu. Prawdziwych okresów ciemności i jakichś oczyszczeń chyba nie przechodziłem. Dlatego pewnie, że nie byłem modlitwie wierny. Gdy myślę o modlitwie w moim życiu, to wdzięczność przeplata się z poczuciem wielkiej winy.

ks. Tadeusz Fedorowicz: Przepisałem z ołówkowego rękopisu mojego brata Aleksandra dnia 23 IX 1965. Rękopis został napisany prawdopodobnie między 25 grudnia 1964 a 15 stycznia 1965, może w odpowiedzi na prośbę s. Klary Jaroszyńskiej, by napisał coś o swojej modlitwie. Rękopis znalazła s. Klara 22 IX 1965 w papierach pozostałych po zmarłym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.