Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #12

***
Ojciec. cd

Tato również udzielał się społecznie. Przemawiał z dużą swadą i znajomością słuchaczy – przeważnie chłopców – na jakichś zebraniach. Co mówił i na jakich zebraniach – dzieci tego już nie pamiętają, choć wiedzą, że przez wiele lat był wójtem z obioru. W każdym razie i takie jeszcze społeczne uzdolnienia miał tato.

A przy tym jeszcze przez czterdzieści lat gospodarował.

Młyn na grobli w Klebanówce.

„Lubiliśmy, gdy nas tato brał ze sobą na wózek, gdy jechał w pole do gospodarstwa. Trzeba było nieraz długo na wózku wysiedzieć, czekając aż tato skończy rozmowę o gospodarstwie z rządcą czy z jakimś polowym, albo o sprawach rodzinnych ze spotkanymi ludźmi we wsi. Tato często schodził z wózka, wchodził w pole, w zboże i długo i szczegółowo oglądał to, co rosło, czasem się cieszył, a czasem martwił.”

Oni sami kochali tata ogromnie, choć „nigdy się o tym nie mówiło, nie było żadnych czułości ani serdeczności. Była dobroć ojca, poszanowanie naszych osobowości i wolności, a przy rym i posłuch całkowity. Nikomu z nas na myśl by nawet nie przyszło, żeby nie posłuchać ojca. Jedna Marysia bywała uparta, toteż ona właśnie, ta najdelikatniejsza z nas i bardzo przez tata kochana, nazywana Dżojką – Radością, właśnie ona raz dostała od tata w skórę, gdy miała cztery lata”.

Nie tylko ona dostawała w skórę. Karane były przez ojca również dziewczęta usługujące we dworze. Dostawały swoje „Rózga po spódnicy”, gdy zawiniły. „Takie to jeszcze wtedy panowały patriarchalne stosunki”- konkluduje Tadeusz. Przypomina sobie również, że „kiedyś około 1925 roku poszedłem z tatem do ogrodu w Kamionkach o szóstej rano 15 maja po kwiaty dla Mamy na imieniny. W ogrodzie podszedł do nas chłopak ogrodowy w wieku może osiemnastu lat, Rusin. Zdjął przed ojcem czapkę, przeżegnał się i pocałował ojca w rękę. Tak uczynił, gdy wchodził do cerkwi i święte obrazy całował. Inny był tamten świat!

Z fotografii rodzinnych.

Inny był tamten świat. I w tamtym świecie był tato ze swoją napoleońską, po francuskim przodku odziedziczoną wunderschoner Kopf i słowiańską sentymentalną rozlewnością i zadumą, tańczący zapamiętale mazura, przebiegający ze strzelbą pola i moczary i patrzący z troską, jak co rosło.

Ale świat się zmieniał, a ojciec ciągle był. Coraz bardziej łysiał, w kolanach coraz mocniej strzykało, lat już było dobrze po siedemdziesiątce i tato jeździł czasem na zmianę z mamą bawić wnuki.

Przy takich okazjach mama pisała rzeczowo: „Pilnowanie Janka dość mnie męczy, za ciężki i za dużo trzeba się schylać do niego, bardzo jest ruchliwy”.

Wesoły tato listy swoje pisze w zupełnie innej tonacji: „Jest mi tu doskonale, a Marysiowie i wnuki pierwsza klasa. Mam zadowolenie, bo czuję, że tu jestem pożyteczny”.

Wnuki były pierwsza klasa do końca. W dniu swojej niespodziewanej śmierci, 26 stycznia 1961 roku, pisał do żony: „Chociaż robią dużo hałasu, ale osładzają dziadziowi życie i są bardzo dobre i kochane”.  A gdy już była pogoda i słońce, patrzył na nich ze szczególnym rozczuleniem: „Jakoś raźniej człowiekowi, gdy patrzy na Janka i Jurka w słońcu. Może Bóg da, że im słonce w życiu zaświeci…” – duma po swojemu filozoficznie, dopóki sobie nie przypomni, że ma „biegnąć” po mleko. Biegnąć! To słowo zaopatruje licznymi wykrzyknikami. Biegnie po mleko, biegnie, żeby porąbać drzewo, napalić w piecu i uporać się z „kwintesencją tutejszego życia” – pukami malców! Czasem również i „bryka”- jak pisze żartobliwie- na swoich zreumatyzowanych nogach. A czasem klęczy. „Kolana moje już dobrze się mają i mogę klęczeć” – pisze w ostatnim liście. Bo dziadzio ciągle jest bardzo pobożny. Rano budzi się: „Malcy w pokoju jeszcze śpią. Janek coś zaczyna mruczeć, więc tłumaczę mu, że noc, że jeszcze trzeba spać – story spuszczone, zimno, co robić? Pomodliłem się z mojej złotej książeczki anno 1884 i co innego mogę robić, jak nie porozmawiać z żoną w wigilię Bożego Narodzenia. Znasz moją chorobę dumania. Więc dumam, jak to lat temu pięćdziesiąt…”

Z fotografii rodzinnych.

A dalej dużymi wyraźnymi literami, tak jak dawniej pisano i staroświecką pisownią: „Oprócz Wiary tej Wielkiej Głębokiej mam i tę materyalną, opartą na drzewku i świeczkach. Dzieci, Babcia, „Madamcia”, kucharz kolędujący zawzięcie. Po tej drabince wspinam się pomalutku tam do góry, gdzie nie ma różnicy…” – filozofuje.

Jest inny niż mama. Och, jak bardzo inny. Takie same były ramy ich życia, może nawet i jednakowa treść, a takie rożne formy wyrazu. Prowadzili na przykład podobne kalendarzyki z zapiskami. U „fantazyjnego” taty nie są takie codzienne i systematyczne, jak u mamy, ale w obydwóch zdarzają się relacje z tych samych zdarzeń:

Mama – 8 września 1942: „Pogrzeb Drusia. Pogoda”.

Tato –  4 września tego roku: „Wiadomość o śmierci Drusia. Grom z jasnego nieba. Boże, Boże, Boże!”

A 16 czerwca 1914 roku. Mama leży zmęczona, spracowana, ale jak zawsze spokojna, rzeczowa, nawet potem niewiele sobie przypomni z tego szczególnego dnia, gdy się rodziło jej ósme dziecko.

Tato podbiega do białego zawiniątka i wybucha śmiechem. Zwołuje dzieci. „Chodźcie zobaczyć, urodził się słoń!”

Słoń, to prawda. Jego słoniowata stabilność z iskrami ojcowskiego temperamentu i polotu – oto mały Ali. Jest. Co teraz pokaże?

cdn.