Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #15

Po przerwie zapraszamy na dalszy ciąg wspomnień o ks. Alim. Dzisiaj o czasie seminaryjnym, święceniach i o zapiskach kapłana ukazujących jego wielką pokorę…

***

Ludzie. cd.

Wraca do seminarium już przed samymi święceniami. Ma przed sobą parę miesięcy skondensowanego, seminaryjnego życia. Wchodzi znowu w nieznaną sobie koleżeńską grupę. Zawsze wydawał się starszy wśród kolegów, ale tym razem jest istotnie starszy. Ileś tam roczników zdystansowało go, gdy chorował. I ten właśnie starszy i poważny kolega „wyciera sobą kąty”– jak ktoś się wyraził. Jest na usługi wszystkich, wykonuje najmniej atrakcyjne czynności, jest zawsze gotów do służenia. Nic nie wydaje mu się trudne, za bardzo uciążliwe, za mało godne. Żyje zresztą życiem niezmiernie intensywnym w ciągu tych kilku miesięcy, a zwłaszcza w ciągu okresów rekolekcyjnych poprzedzających kolejne święcenia. Coś się w nim teraz rodzi, krystalizuje, uświadamia. Następują też ostateczne decyzje: „Już dawno postanowiłem się oddać Bogu bez reszty. (…) Stoję przed chwilą, w której uroczyście oddam się na własność Bogu, a Bóg położy na mnie swoją pieczęć na znak, że już jestem Jego niewolnikiem aż do końca życia i na całą wieczność. Daj Panie, żebyś już był wszystkim dla mnie” – modlił się. Jednocześnie widzi swoje niewierności. Rozprawia się ze sobą ostro, bezwzględnie, demaskatorsko: „Często motorem moich czynów, słów i myśli nie jest służba Boża, ale wygoda, przyjemność, ja sam. (…) Pycha mnie gnębi. Nie zdaję sobie sprawy z tego, czy to jest tylko pokusa i doświadczenie, czy już się zaczął grzech. (…) Ustawicznie ścigają mnie myśli pyszne. Nawet przy modlitwie. To jest coś bardzo przykrego. Bardzo bym chciał być pokorny jak dziecko, siąść u nóg Jezusa i tak żyć. Stracić wszelkie dobre mniemanie o sobie”.

Święcenia kapłańskie, 15 listopada 1942 r. w kościele Karmelitanek Bosych we Lwowie.

Kreśli też pospiesznie niezrozumiałe już dla nas zapiski przed spowiedzią, wśród których przewijają się słowa: „bagatelizowanie grzechu… skłonność do pychy… miękkość, lenistwo…” i z tych pomieszanych słów wyrastają jasne, wyraźne postanowienia w stosunku do Boga i bliźnich. Dla nich chce być pokornym, prostym, szczerym i pogodnym.

I wtedy już wie. Przemyślał, przemodlił, rozliczył się ze sobą i ze swoim wybujałym „ja” i teraz już wie, co jest najważniejsze. Pisze wyraźnie, równo, tak jak mu się ułożyło w duszy: „Sensem służby Bożej jest ofiara. Wiem to i chcę tą ofiarą się stać. Jezu, daj mi siły być wierną ofiarą aż do śmierci”.

Wtedy nie wiedział jeszcze, jakiej ofiary Bóg od niego zażąda i jaka będzie ta droga do śmierci. Dał swoją zgodę jak kochające, ufne, lecz rozrzutne dziecko. Ale tym zdaniem jakby zamknął jakąś toczącą się w nim samym walkę. Już potem nie sięgnie do tak wielkich zasadniczych słów. Przed wyższymi święceniami pomodli się:

„Boże daj mi tę łaskę, żebym zupełnie zniknął, kiedy stawać będę do służby Twojej. Daj mi ducha tych mnichów średniowiecza, po których ślad zaginął, a których życie było jakieś wierne, bezosobowe servitium Dei. – Nie daj Boże, bym miał kiedyś Ciebie sobą ludziom zasłonić”.

A potem już będzie zwyczajnie, praktycznie swoje nadchodzące kapłaństwo planował. Są zasady, punkty i podpunkty: „Plan dnia (…). Odstąpić od niego, gdy tego wymaga: a. miłość, b. uczynność, c. nawet uprzejmość. Nigdy nie odstępować dla błahych powodów: nastrój, przyjemność, ociężałość. (…) Mój dzień ma wypełniać: 1. modlitwa, 2. służba bliźnim. (…) Muszę wykreślić marnowanie czasu (…) Spowiadać chętnie każdego, kto się zgłosi. Ludzie mają do nas prawo, jak do Chrystusa. (…) Przełożony zastępuje Jezusa. Będę o tym pamiętać:. I tak dalej… A gdzieś między tymi zapiskami:

„Jutro ma się ze mną stać coś bardzo wielkiego. Ja tego nie ogarniam ani nie ogarnę. Ale proszę dziś Panie, daj mi dużo, dużo łaski”.

 

Kamionki, odpust parafialny.

I stało się. Bóg dał łaskę niespodziewaną, zaskakującą, przemieniającą.

Jeden z kolegów z czasów uniwersyteckich pisze: „Mile byłem zdziwiony i ucieszony zastawszy Alego już księdzem. Byłem uderzony zmianą, jaka się w nim dokonała: stracił zupełnie dawną nieśmiałość, był swobodny i łatwy w obejściu”.

Nie tylko przecież to. To mogło być związane z wykonywaną funkcją. On sam zresztą tę zmianę dostrzega i to z pewnym niepokojem: „Postanowiłem sobie przed święceniami kapłańskimi „zniknąć”, a tymczasem stało się przeciwnie, zamiast zniknąć – wybujałem. To było po części spowodowane tym,  że funkcje kapłańskie często mnie na pierwsze miejsce wysuwały, a byłem za słaby i za głupi, by mieć mocno w świadomości, że to nie mnie, ale Chrystusa ludzie chcą mieć na pierwszym miejscu”.

 

Kamionki, ks. Ali z bratem ks. Tadeuszem.

Zmiana była o wiele głębsza, niż „owa deformacja zawodowa”. Coraz bardziej uzyskiwał jakąś wewnętrzną wolność, swobodę, niezależność, szerokość gestu. Działo się z nim może tak jak z owym aktem oddania Najświętszemu Sercu Jezusowemu: zniszczył się. Różne pobożne tradycyjne praktyki nakazywał sobie będąc w seminarium – akt strzelisty do św. Stanisława, adoracje i ten właśnie akt oddania. Przed święceniami jednak stwierdza, że nie był wierny swoim postanowieniom, a akt oddania: „Nie noszę go też na sobie – wyznaje ze skruchą – bo się zniszczył”.

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.