Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #1

Pragniemy rozpocząć cykl cotygodniowych wpisów przybliżających postać księdza Aleksandra. Obszerne wspomnienia o tym kapłanie zostawiła nam s. Klara Jaroszyńska, franciszkanka Służebnica Krzyża z Lasek. Siostra towarzyszyła księdzu do ostatnich chwil jego życia, opiekowała się nim i pielęgnowała w chorobie zarówno w szpitalu, jak i na izabelińskiej plebanii. Jej wspomnienia spisane ładną polszczyzną dotykają najważniejszych aspektów życia kapłana, pisane z serca wynikają z relacji pełnej oddania i służby.
Zapraszamy do lektury.

***

Ksiądz Aleksander Fedorowicz, proboszcz z Izabelina.

W kraju dzieciństwa

Ksiądz Aleksander rzadko mówił o swoim dzieciństwie. Kiedyś powiedział, że dzieciństwo jego było jakieś nieświadome czy stracone, czy błahe. A może nawet powiedział, że głupie? Jak to się szybko zapomina cudze słowa, zostaje po nich tylko jakiś ślad, jak zapach czy jak szum wiatru.
W każdym razie w pewnym momencie, jakby się od niego odciął, jakby coś tak ważnego i wielkiego weszło w jego życie, że już nie było miejsca na wspomnienia o czymś, co było utkane z beztroski, uśmiechu, naiwności i tego wszystkiego, co się da powiedzieć o każdym niemal dzieciństwie.
Nie żeby go nie kochał, nie cenił, czy nie odczuwał ciągłości życia. „Wiesz – pisze do siostry Marysi w 1947 roku – że mnie jeszcze trudno przyzwyczaić się do tego, że jesteśmy dorosłymi ludźmi. Ciągle czuję się tak, jak wtedy, kiedy biegaliśmy dookoła stołu w pokoju „Madamci”, żeby móc więcej zjeść. A potem przychodziły jakieś niepohamowane ataki śmiechu i wesołości. Cieszę się z tego, że się czuję dzieckiem (…). Nagle mi się przypomniała nasza wyprawa na Petkę, żeby się fotografować. Jeżeli pamiętam dobrze, próbowałaś wejść na gałąź. Ładnie było. Ale i teraz jest ładnie”.
A więc wspomina je tak, jak każdy z nas. Migawki nic nie znaczących zdarzeń, które nie wiadomo dlaczego pozostawiły w pamięci ślad – stół pomocny w gonitwie, jakaś gałąź drzewa i śmiech z niczego…
Dzieciństwo związane z „tamtymi” stronami to był dwór w Klebanówce i cała sceneria Podola – łany zbóż, pagórki. Jeszcze w 1947 roku, leżąc w sanatorium w Otwocku, bardzo wówczas chory, tak bardzo, że aż lekarze zabronili mu głośno mówić, rozsnuwał szeptem jakieś obrazy z dzieciństwa. Poplątane, urywkowe, skojarzone ze sobą według dziwnej logiki majaczeń, snów i wspomnień. Co w nich było, trudno jest teraz odtworzyć. Może wspominał, tak jak teraz jego brat Tadeusz, kiedy pokazywał kraj swojego dzieciństwa.
Bo ten kraj jest zawsze niezwykły. Cały skąpany w dziecięcym przeżyciu. Tam się myśli, poznaje, patrzy, dotyka – uczuciem. Nie ma tam niczego, co by było „samo w sobie”, wszystko jest całością, którą się kocha i którą się oddycha.

Przedwojenne Podole
źródło: kawiarniany.pl

Przede wszystkim ziemia podolska, żyzna, falista. „Cały folwark z dworem i ogrodem leżał na wzniesieniu opadającym łagodnie ku wschodowi, ku wsi i ostro ku południowi, ku laskowi brzozowemu i sosnowemu rosnącemu na północnym stoku następnej fali wzniesień. Północny stok wzgórza ostro opadał ku łąkom, które w młodości mego ojca były zalane wodą i tworzyły spory staw. Za tymi łąkami były pola wznoszące się na następną falę pagórków. Stara i duża wieś Klebanówka leżała w dole na wschód od dworu na dwu stokach sąsiednich wzniesień, okalając szeroką, długą łąkę, która kończyła się groblą z niewielkim wodnym młynem, za naszych czasów już zniszczonym i nieczynnym. Dalej na wschód, wzdłuż strumienia – jak mówiliśmy wtedy – rzeczki szerokiej na dwa- trzy metry, ciągnęły się następne łąki, pod koniec mokre, przechodzące w mały staw mocno zarośnięty szuwarami. Znów była grobla i większy już młyn wodny. Dalej jeszcze łąki ciągnęły się przez Rosochowaciec, potem Supranówką do Podwołoczysk i do Zbrucza, do którego wpadała nasza rzeczka. Od północy za łąkami ciągnęły się prawie do drugiej grobli chaty Klebanówki. Ale za drugim młynem kończyła się Klebanówka i następował dla nas, dzieci, kraj nieznany. Te łąki były najczęstszym terenem naszych dziecinnych spacerów z boną Francuską „Madamcią”, do małego młyna około kilometr od domu i rzadko do dużego młyna jakieś trzy kilometry od domu. Inne częste spacery były na drodze do Kamionek, w kierunku południowo-wschodnim od Klebanówki do pierwszego krzyża na końcu wsi, około pięćset metrów i do drugiego krzyża dwa i pół kilometra. Ten drugi krzyż, żelazny na kamiennym wysokim cokole, stał na skrzyżowaniu dróg w połowie drogi do Kamionek, na najwyższym w bliższej okolicy wzniesieniu falistych pagórków, skąd rozlegał się szeroki, piękny widok. Na zachód kraj wznosił się ku Miodoborom i horyzont kończył się po czterech- pięciu kilometrach lasami i linią pól, za to na wschód opadał falami i widać go było na dziesiątki kilometrów, aż wzrok gubił się w siności, w której zlewała się ziemia z niebem. Prześliczny to był kraj, rozległy, bogaty, żyzny. Urodzajny czarnoziem dawał bujną roślinność. Wsie ukryte w jarach i dolinach, tylko kilka cerkwi w Klebanówce, Hnilicach i Koszlakach, stojących wysoko, świeciło kopułami i złotymi krzyżami przy zachodzącym słońcu. Jedna tylko Mołczanówka na południowym wschodzie, o jakieś pięć kilometrów, leżała na wysokiej równinie i widać ją było ze wszystkich stron jak dużą zieloną kępę drzew z kościółkiem i cerkwią na skraju.”

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.