Ale może Babcia ma rację…

Ks. J. Twardowski – ciąg dalszy analizy „Pamiętnika”:

Przewidywane jest zderzenie się ziemi z nieznaną gwiazdą. O jaką by gwiazdę chodziło? Me ma żadnej gwiazdy, z którą nasz układ, nawet poruszając się z maksymalną szybkością światła, mógłby się spotkać przed upływem 5 do 6 lat od chwili zauważenia. Jest rzeczą nieprawdopodobną, żeby można było przewidzieć to zdarzenie z odległości jednego roku. Czy jednak alarmujące przypuszczenia były zupełnie bez podstaw?

Nie należy zapominać, że w czasie kiedy ks. Aleksander pisał omawiany utwór, pojawiały się w „Problemach” artykuły na temat dawno spadłych z przestworzy kosmicznych meteorytów na terytorium syberyjskich lasów i w okolicach Arizony. Meteoryty te, które nazywano swojego czasu «kamieniami z nieba» — omawiano zgodnie z ostatnimi zdobyczami wiedzy. Przypominano, że jak według teorii Jeansa wielkie słońce przed miliardem lat przechodziło w pobliżu naszego słońca, wydobywając siłą przyciągania pewną masę, która się stała ziemią, tak można przypuszczać, że nieznany kosmiczny olbrzym niespodziewanie napotka teraz ziemię, zderzy się z nią i tym razem zniszczy. Tajemnicze znaki na niebie trwożyły nas od czasu do czasu. Wystarczy przypomnieć znany obraz Grottgera „Kometa”.

Katastrofizm, motyw końca świata, odnajdujemy w wielu powojennych wierszach dyktowanych przez modną wtedy filozofię egzystencjalną, na ogół przystępną, bo oscylującą na granicy teologii i beletrystyki, filozofii i literatury.

Zakochana autorka — przypominająca pannę z wierszy J. Pankowskiego („O panno z czarnym warkoczem od św. Kowalczykówny”) i słynne feapper z uroczych angielskich młodzieżowych powieści — przerażona jest wróżebnymi przewidywaniami. Historia podlotka w obliczu końca świata. Pierwsza młodość i pierwsze przerażenie «Poczwarki kobiecości». Czytając pamiętnik, patrzymy piętnastoletnimi oczami na świat w oczekiwaniu katastrofy. Śledzimy razem z autorką „Zieloną Gęś” Gałczyńskiego – drukowaną wówczas w „Przekroju”. Ks. Aleksander czytał prasę literacką i bardzo chętnie słuchał radia.

Dziecko nie wybiegające poza ramy swego dziecięctwa, może uzyskać swoją pełnię i głębię, ponieważ nie czas jest budowniczym, ale intensywność jego wewnętrznego życia. Jednakże poza głębokością spostrzeżeń — tak jak we wspomnianym pamiętniku Anielki Budkówny — odnajdujemy pogodną naiwność. Dziewczynka kocha Franka, ale oburza się, gdy nazywa ją „gęsią od Gałczyńskiego”; podglądając zbliżający się kataklizm, ma żal do gwiazdy, która może sprawić tyle kłopotu, maluje po kryjomu usta, przegląda się w lustrze, waży się, żeby linii nie stracić; zazdrości kościotrupowi, że się już nie potrzebuje obawiać końca świata, myśli o śmierci i o modnej wiosennej sukience w kwiaty.

 

***

Pamiętnik, którego nigdy nie było.
Część 2

20. XI.  Jak się wiadomość o końcu świata rozeszła, to wszyscy najpierw się bardzo przestraszyli. Podobno dużo ludzi, zwłaszcza w Ameryce ze strachu przed końcem świata popełniło samobójstwo. Mnie się zdaje, że to bardzo głupio do siebie  strzelać, jak już taka wielka  kula leci. W ogóle tam na Zachodzie źle się dzieje. Ludzie porzucają pracę, bo mówią, że nie warto pracować, kiedy śmierć nadchodzi. Zrobiło się bezrobocie i głód. Chociaż składy są pełne. Podobno pijaństwo i rozpusta szaleje. Dużo ludzi jest zdania, że trzeba z życia korzystać póki czas. U nas jest inaczej. Ludzie, przyzwyczajeni do dyscypliny, zachowują spokój. Każdy wykonuje swoją pracę tak, jakby świat miał jeszcze sto lat trwać, bo wie, że kto chce żyć musi pracować.

Wczoraj przeglądałam rozmaite pisma. W „Problemach” zobaczyłam kościotrupa i ucieszyłam się, że nigdy tak nie będę wyglądać, że nikt moich kości nie będzie składać, numerować, fotografować, pokazywać. U nas w gabinecie szkolnym jest także taki stary, już trochę połamany kościotrup. Kiedy się na niego patrzę, to mi jest zawsze żal, bo przecież to był także żywy człowiek, ale życie od niego odeszło i zabrało ze sobą wszystkie troski, radości, cierpienie, całą miłość i smutek, a zostały białe kostki powiązane drutami i tam, gdzie było serce, jest teraz puste miejsce. Choć jest nie ubrany, już nawet się nie ma czego wstydzić, bo wszystko jest w nim czyste, suche, obojętne.

 

rys. Basia Podlewska

Ten kościotrup w „Problemach” był dołączony wraz z innymi fotografiami do artykułu jakiegoś profesora: „Człowiek w czasie i przestrzeni”. Profesor pisze, że już się ma ku końcowi to ciekawe zjawisko, jakim jest człowiek, ostatnie i najdoskonalsze ogniwo w ewolucyjnym rozwoju materii.

To naprawdę wielka szkoda, że to zjawisko się ma ku końcowi, bo materia już pewnie nigdy nie zechce dokonać takiej ewolucji, żeby były kwiaty, zwierzęta i ludzie i taka dziewczyna, jak ja, ładna z czarnymi warkoczykami, która sobie pisze pamiętnik, taka zarozumiała gęś, jak mówi Franek. Nie mogę mu tej gęsi darować i jestem na niego zła, tym bardziej, że go kocham. Oczywiście on o tym nie wie i nigdy się nie dowie, bo wezmę, swoją miłość ze sobą do grobu.  Ale prawda, grobu nie będzie i nie wiem, jak to teraz powiedzieć, żeby ładnie było. „Do spalenia się…?” „Do końca świata…?” Jakoś nie wychodzi. Zauważyłam, że od kiedy się ten wstrętny koniec świata zbliża, zaczynam coraz więcej filozofować.

15. I.  Nie wierzę, żeby ktoś pisał pamiętnik tylko  dla siebie. Każdy kto pisze ma gdzieś tak głęboko na dnie serca nadzieję, że może ktoś kiedyś przeczyta, pochwali. Mojego pamiętnika nikt nigdy nie pochwali. Tak bym chciała, żeby za dziesięć lat mógł jeszcze być ktoś, kto by wziął w rękę te białe kartki i odczytywał z nich moje myśli, żeby moje myśli stawały się jego myślami. Niestety, za rok nie zostanie już śladu z tych kartek. I nikt już nie będzie nic myśleć, chcieć, czuć. „Będzie tylko strasznie dużo ognia i to wszystko będzie lecieć bez myśli i życia między tłumy gwiazd. Chyba nikt jeszcze tak szczerze nie pisał swego pamiętnika, bo piszę go naprawdę tylko dla siebie, a przy tym to jest może ostatni ludzki pamiętnik, niech przynajmniej on będzie prawdziwy. Za rok już ostatnia ludzka myśl zgaśnie jak świeca i będą tylko gwiazdy. Nienawidzę gwiazd.

Dzisiaj kupiłam „Przekrój”. Zawsze czytam ostatnią stronę z „Przekroju”, potem oglądam „mody”, a potem się patrzę, czy nie ma jakiegoś nieprzyzwoitego obrazka, a potem się wstydzę sama przed sobą i zaczynam udawać, że czytam jakiś artykuł. Ale te artykuły mi się wydają coraz nudniejsze. W dzisiejszym „Przekroju” jest znowu „Zielona gęś”. Ja nie lubię tej  „Zielonej gęsi”, a zwłaszcza teraz, jak mi Franek powiedział. Nie lubię tej  „Zielonej gęsi”, bo wszyscy mówią, że ona jest bardzo śmieszna, a ja nic nie rozumiem.

Ten Gałczyński to jest podobno wielki poeta i napisał wiersz: „Skumbrie w tomacie”. W tej ostatniej „Zielonej gęsi” jest sąd ostateczny. Anioł trzyma spis ludzi w ręku i woła bardzo głośno: „Konstanty Ildefons”. Poeta niepewnym krokiem wychodzi z tłumu. Słychać wyrok: „Dusza z wierszami do nieba, ciało z «Zieloną gęsią» do piekła”. Anioł się zdziwił. „Dla niego zrobimy wyjątek” – pada odpowiedź. Gęś podnosi krzyk: „Gę, gę, gę”. Zasłona.

Ja nie wiem czy to dobrze, że ludzie żartują z sądu ostatecznego. Moja Mama nie chodzi do kościoła i ja także nie, a pan Profesor nam wytłumaczył, że jest materializm i że dusza to jest także z ciała, tak, jak ręce i mózg, i nogi, i tak, jak się wydziela ślina, tak z mózgu wyciskają się myśli. Ale może Babcia ma rację i Pan Bóg zechce, żebyśmy zdali rachunek z tego, cośmy myśleli, mówili, robili.

cdn.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.