Biedne moje czarne warkocze i dziecinne usta.

Ks. Aleksander Fedorowicz, co może być zaskoczeniem dla wielu z nas, napisał krótki utwór literacki o charakterze pamiętnika nastoletniej dziewczynki.

Ks. Jan Twardowski tak pisał o tym utworze:  Pamiętam ze wzruszeniem, jak czytał mi go ks. Aleksander na głos w lesie pod gołym niebem, w czasie jednego z moich pobytów w Laskach.
Na pomysł tego pamiętnika mógł wpłynąć znany utwór „Wizje świętego Ildefonsa czyli Satyra na wszechświat” K. I. Gałczyńskiego wydany w 1937 r., ale ponawiany i znany bardzo po wojnie, pierwsze książki Lema, które – o ile wiem – ks. Aleksander śledził z zainteresowaniem, oraz pamiętnik Anielki Budkówny, który – zanim się pojawił w „Znaku” (styczeń 1950) z komentarzem Stefanii Skwarczyńskiej – od pewnego czasu krążył już w Laskach w maszynopisach. Ks. A. Fedorowicz pamiętnik ten lubił i pozostawał pod jego urokiem. Satyra Gałczyńskiego o końcu świata mogła mu sugerować temat (wyraźnie zapożyczony motyw Pandafilandy kreślącego obliczenia na tablicy: „kreślił cyfry i znaki, logarytmy, zodiaki przez bardzo długie chwile”, ale prawdopodobnie była mu duchem obca. Co innego pamiętnik Budkówny, bardziej dziecięcy niż dziecinny, zawsze mu pięknie bliski.
„Pamiętnik, którego nigdy nie było” jest bardzo prosty, niewyszukany w kompozycji, naiwny i wdzięczny. Uwydatnia zmienność uczuć i myśli, szybkie tempo przedstawianych zdarzeń, budzi ciekawość czytelnika. Piętnastoletnia dziewczynka spisuje pamiętnik. Wszystkiemu winna jedna lekcja fizyki, w czasie której profesor wszedł do klasy, z miną astronoma Pandafilandy z satyry Gałczyńskiego i oznajmił, że do sekretariatu ONZ nadpłynęły od uczonych astronomów alarmujące wieści o zbliżającym się za rok końcu świata. Przewidywane jest zderzenie się ziemi z nieznaną gwiazdą…

Zapraszamy do lektury 🙂

Ze względu na wymogi bloga, będziemy prezentować utwór w krótkich odcinkach. Ilustracje do nich wykonała Basia Podlewska. Tworząc je miała 18 lat. Dziękujemy ❤️

 

***

PAMIĘTNIK, KTÓREGO NIGDY NIE BYŁO.

REPORTAŻ Z KOŃCA ŚWIATA.

 

2.XI.  Franek mi powiedział, że jestem gęś, i naturalnie obraziłam się na niego, ale kiedy tak siedzę przy stole i patrzę w lustro, widzę swoje chude ramiona, czarne warkocze, spadające grzecznie po obu stronach twarzy, błyszczące oczy i dziecinne usta, to myślę, że Franek ma może rację. Zawsze wydaje mi się, że jestem ładniejsza od koleżanek i kiedy rozmawiam z innymi, udaję, że się na wszystkim rozumiem, a jak ktoś zauważy, że powiedziałam głupstwo, to się zaraz robię czerwona.  Chyba Franek naprawdę ma rację. Jednak nie o tym chciałam dzisiaj pisać w swoim zapomnianym pamiętniku, który dostałam od cioci. Najdziwniejsze jest to, że za rok już całkiem na pewno nie będzie tych moich czarnych warkoczów, ani chudych rąk i błyszczących oczu, całe moje 15 lat  zniknie jak mgła. To wszystko się stanie tak prędziutko, w jednej chwili i nie tylko ze mną,  ale i z Frankiem, i z Mamusią, i z innymi ludźmi. Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić. Szczypię się w rękę i myślę, że za rok ja i wszystko przepadnie jak sen… Ale muszę zacząć od początku.

rys. Basia Podlewska

Miesiąc temu nasz profesor od fizyki przyszedł na lekcję bardzo zdenerwowany. Kiedy wszedł do klasy ze swoją żółtą teczką i długim nosem, od razu poznaliśmy po jego twarzy, że się coś stało. W ręku trzymał wyrwaną kartkę z notatnika. Nawet nie zdjął płaszcza i od razu zaczął mówić drżącym głosem: „Przed chwilą radio nadało komunikat ONZ następującej treści”. Lewą ręką wkładał na nos okulary, a w prawej trzymał kartkę z daleka od siebie i czytał. „Do Sekretariatu ONZ wpłynął memoriał, wniesiony przez grupę młodych astronomów, którzy drogą  obserwacji i obliczeń doszli do wniosku, że 1. XI  roku przyszłego układ słoneczny ulegnie katastrofie kosmicznej. Nie chcąc niepokoić opinii publicznej, Sekretariat ONZ zastrzegł sobie prawo ogłoszenia tej wiadomości, rozsyłając równocześnie tekst  memoriału do wszystkich najwybitniejszych astronomów świata, aby zasięgnąć ich opinii. Odpowiedź uczonych jest zgodna i jednoznaczna. Obserwacje i obliczenia zawarte w memoriale znalazły całkowite potwierdzenie. Zagłada ziemi nie ulega żadnej wątpliwości. Mając na uwadze wielką doniosłość tej sprawy ONZ nie czuje się w prawie zachowywania tajemnicy i niniejszym komunikatem podaje ją do wiadomości całej ludzkości”.

Skończył czytać i opuścił rękę. W klasie było długo całkiem cicho. Słowa profesora przebijały się powoli coraz głębiej i głębiej do naszej świadomości. Pierwsza odezwała się Hanka, ta, co się kocha w Wacku, z krótko uciętymi białymi włosami i z perkatym nosem. „To jak? … to znaczy, że za rok wszystko będzie kaput?… Już nie będzie tej klasy, ścian, ławek, nas?” Hanka mówiła bardzo powoli, tak jakby ją gardło bolało, ale nikt nie miał ochoty się śmiać. Każde słowo wydobywało się z trudem a później się gdzieś zapadało i rozsypywało w proch.

Zrobił się nastrój przykry i ciężki. Sytuację uratował gruby Jacek, który siedzi w ostatniej ławce i w czasie lekcji najczęściej śpi lub napycha się chlebem. „Zamiast się martwić tym, co będzie, trzeba się cieszyć tym, co jest – powiedział. Mamy jeszcze rok czasu”. Rok ma 365 dni, pomyślałam sobie, to niedużo, ale zawsze coś. Na sercu jednak zrobiło mi się bardzo ciężko.

Tymczasem profesor się uspokoił i zaczął nam opowiadać o powstaniu planet. O tym, jak długo nasza stara, poczciwa Ziemia się już kręci naokoło Słońca. Że właściwie w tym nie ma nic dziwnego, że się ten przypadkowy układ rozsypie. Że astronomowie prawdopodobnie wykryli, że tor układu słonecznego zbiegnie się za dwa lata z torem jakiejś gwiazdy i że wtedy nastąpi wielki wybuch. Ja jednak wolałabym, żeby się ten układ nie rozsypał i żeby nie było wybuchu. Tyle tysięcy wieków się to wszystko kręci, mogłoby się jeszcze pokręcić z 50 lat. Profesor mówił długo ze wzruszeniem. Pisał na tablicy i rysował, ale ja nic z tego nie rozumiałam i w ogóle boję się liczb.

W taki sposób pierwszy raz dowiedziałam się, że będzie koniec świata. Gdy wyszłam na ulicę wszystko mi się wydało jakieś inne, bardziej kochane. Uśmiechało się do mnie i niebo szare, jesienne, i papier, który wiatr niósł z kurzem, i brudne niezgrabne dziecko siedzące na stopniach przy bramie. Chciałam cały świat objąć i do serca przygarnąć. Jakże piękne jest życie, jaki wspaniały świat. Zrozumiałam, że jedna chwila życia jest więcej warta niż wszystkie skarby. Strach pomyśleć, że już gdzieś tam leci gwiazda, żeby nas jak najprędzej zabić i wszystko zniszczyć. Biedne moje czarne warkocze i dziecinne usta.

cdn.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.