Ks. Aleksander Fedorowicz: „Miłość jest zawiązką doskonałości”:
***
Dzisiaj zastanowimy się nad tym, jaka jest nasza droga do nieba.
Sami z siebie własnymi siłami – przez jakieś naturalne zasługi, nieba zdobyć nie potrafimy. Zastanówcie się, proszę, tak szczerze każdy nad sobą samym. Ogarnijmy jednym rzutem myśli całą swoją istotę, swoje przymioty i wady, i tę miłość własną, co jak niszczący jakiś ogień na dnie duszy się pali i nigdy nie wygasa. Tę zmysłowość, co ją musimy trzymać w ryzach wałami i tamami łaski boskiej i cnoty nabytej, a ciągłe nam grozi powodzią i zniszczeniem Bożego życia w duszy.
My sobie Boga przedstawić nie potrafimy, ale zdajemy sobie sprawę, że Jego majestat jest tak olbrzymi, Jego świętość taka wysoka, Jego blask taki jasny, że się nasze myśli i słowa gubią, załamują w sobie. – Bo jak wyrazić słowami ze świata wziętymi Tego, co świat stworzył?
I jakiż jest stosunek, jakie porównanie naszej nędzy z Bożą chwałą?
Ale to, co dla słabości ludzkiej wydaje się niemożliwe, dla Boga okazało się możliwe.
Tęcza nieskończonej miłości Bożej zajaśniała nad ludźmi, tęcza przebaczenia i pojednania.
Syn Boży, Słowo Przedwieczne, Druga Osoba Boska stał się Człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.
Znacie Go dobrze, tego Męża Boleści — Ofiarę ponad głowami tłumu na haniebnym krzyżu rozpostartego, jak jakaś straszna biała karta – w boleściach niewymownych. Na skroniach miał uwity wieniec z cierni, a z oczu płynęły łzy i krew.
Syn Boży. Pan nieba i ziemi.
Ofiara doskonała, zupełna, bezgraniczna. Cóż mógłby jeszcze więcej oddać? Nawet stopą ziemi nie dotyka, tylko ta krew wielkimi kroplami upada na skałę. Chwila ofiary, chwila miłości nieskończonej – chwila pojednania i przebaczenia. I wytrysło u stóp krzyża siedmiorakie źródło łaski i życia. I popłynęły przez spieczoną grzechem, wichrami nienawiści i namiętności wysuszoną ziemię, obfite, czyste, kryształowe wody łaski i życia.
Już teraz niestraszna jest nam chwila śmierci, bo łaska Chrystusowa w nas mieszka. Nie przez naszą zasługę, ale przez Jego krew śmiało wchodzimy w progi nieba. Nie jako obcy natręci, ale jako synowie i spadkobiercy Bożego dziedzictwa.
W niebie mieszka Bóg i aniołowie. Ziemi piękno odblaskiem doskonałości, świętości, potęgi Boga. Niebo całe życiem Bożym żyje, blaskiem Jego jaśnieje, wiecznym Jego szczęściem raduje się.

Być w niebie, to znaczy uczestniczyć w życiu samego Boga. W głębiach tajemnic Jego i niepojętego życia Trójcy Przenajświętszej.
Być w niebie, to znaczy całą istotą swoją kąpać się w łaskach światła i szczęścia Bożego.
Być w niebie, to znaczy wiecznym aktem miłości związać swoją duszę z Bogiem.
Tak najpierw rozważmy: świętość i wspaniałość nieba, ułomności naszej natury, a później zobaczymy jak Chrystus krwią swoją obmył dusze nasze i otworzył nam niewyczerpane źródło łaski i życia Bożego.
❤️❤️❤️