Co tu tłumaczyć? Przecież to takie proste….

Zapraszamy dzisiaj na kolejne – urocze, nie pozbawione humoru, świadectwo autorstwa ks. Tadeusza Gogolewskiego. Kapłan uchyla przed nami rąbek historii życia naszego Bohatera.

 

***
Wspomnienie o śp. Ks. Aleksandrze Fedorowiczu

Poznałem Go, jeśli mnie pamięć nie myli, w kwietniu 1946 r. w Sanatorium Akademickim w Zakopanem. Przyjechał tam leczyć się na gruźlicę. Musiał być bardzo słaby, bo lekarze zabronili Mu mówić kazania w czasie Mszy Św. Którejś niedzieli odwrócił się od ołtarza po Ewangelii i do studentów zebranych w kapliczce sanatoryjnej (która wówczas mieściła się w małym pokoju za salą jadalną) powiedział „kazanie” mniej więcej w tej formie.
– Wiecie, że nie wolno mi mówić kazań. Ale ja chciałem tylko przypomnieć, że to jest Msza Św. …Towarzyszył tym słowom Jego dobry uśmiech i ta jakaś głębia wiary, która z Niego promieniowała przemawiając wymowniej od słów.

Pamiętam, że żartował na temat swojej oryginalnej drogi do kapłaństwa.
– Zostałem księdzem tylko dzięki… Hitlerowi.
Miał na myśli swoje słabe zdrowie, które w Seminarium Duchownym we Lwowie byłoby na zawsze przekreśliło Jego marzenia o kapłaństwie, gdyby nie wojna. Wyświęcono Go z braku kapłanów i to, zdaje się, na osobistą prośbę jakiejś zamożnej rodziny ziemiańskiej, która podjęła się zapewnić Mu utrzymanie jako swemu „kapelanowi”.
W tamtym okresie nie był chyba długo w Sanatorium Akademickim. Musiał potem przyjechać po raz drugi i to w ciężkim stanie, bo robiono Mu operację (usunięcia 9 żeber, tzw. torakoplastykę, ponieważ nie można już było stosować zwykłej odmy z powodu zrostu opłucnej). Operację wykonywał sławny wtedy w Zakopanem chirurg płucny, dr Rzepecki. Było to chyba na jesieni 1947 r.
Pamiętam z relacji lekarzy (zwłaszcza przezacnego dra Schmidta) pielęgniarek (osobliwie S. Heleny, świeckiej pielęgniarki) i współkuracjuszy słowa uznania dla pogody, cierpliwości i dobroci Chorego. Umiał odwracać uwagę od swoich cierpień, kierując rozmowę na tematy interesujące rozmówców, czyli przeważnie dotyczące ich własnych cierpień.
Byłem wtedy klerykiem i żywo chłonąłem urok tego Człowieka, który miał jakąś własną wersję ducha Ewangelii.

Ks. Aleksander z Autorem świadectwa na słynnej wycieczce w Stryszawie.

W kwietniu 1950 r. zwróciłem się Doń listownie z prośbą o ułatwienie mi odprawienia Mszy Św. prymicyjnej w Laskach, które znałem tylko z Jego opowiadań. Odpowiedział z radością, ale sam nie mógł być na prymicjach (2.V.1950 r.).
Potem spotkaliśmy się na Seminarium Dogmatycznym u Ks. Prof. A. Pawłowskiego na Wydziale Teologii Katolickiej UW. Czytał wtedy swą pracę magisterską pt. Spór tomistów o osobę i próba jego rozwiązania. Tematyka dotyczyła umiłowanej przez Niego metafizyki tomistycznej, o której wyrażał się z pokorą, że zna tylko jeden jej pokoik, podczas gdy całą porównać by można do wspaniałego pałacu.
Chociaż był to temat filozoficzny, przyjęto go na magisterium z teologii dogmatycznej z uwagi na problematykę osoby w teologii. Był to rok chyba 1951. Dla uczestników Seminarium Dogmatycznego lektura tej pracy nie była taka łatwa. Pamiętam, że przerywaliśmy nieraz Autorowi czytanie prosząc o bliższe wyjaśnienia. A czasem czynił to sam Ks. Profesor mówiąc, że czegoś z tych metafizycznych wywodów nie rozumie. Ubawiła nas jednak kiedyś potrafił sam się zatrzymać i przepraszać nas, że musi się na chwilę zastanowić nad tym, co napisał, bo sam tego nie rozumie…
Pamiętam, że szykując się w tamtym czasie do egzaminu z całości teologii zachwycał się apologetyką totalną Ks. Prof. W. Kwiatkowskiego. Wyobraźnię Jego potrafiła rozbudzić sucha, naukowa analiza tekstów Ewangelii. Z przeżyć tych zrodził się artykuł, zamieszczony w „Tygodniku Powszechnym”. Przez jakąś nieuwagę Autor napisał w nim, że Pan Jezus urodził się w Nazarecie… Swoją „kompromitację” Autor zniósł z właściwą sobie prostotą, nawet się nie tłumacząc, że to zwykła pomyłka.
Pomimo uzyskanego stopnia magistra teologii Autor jeszcze po latach oceniał krytycznie swoje kwalifikacje naukowe. W 1956 r. wypożyczył mi swoją pracę magisterską pisząc w związku z tym w liście z 6.XI.1956 r., że brak mu „głębszego przygotowania metafizycznego…, moje rozumienie istoty i istnienia jest bardzo powierzchowne, szkolne…”

Nie powierzchowne jednak było zastosowanie, jakie umiał uczynić z każdej nauki, także z teologii, traktując ją nie jako cel lecz jako środek. Pamiętam, jak zachwycał się sformułowaniem tomistycznym, że tu na ziemi w lepszej sytuacji jest nasza miłość do Boga niż poznawanie Go. Miłość bowiem nie zna granic, podczas gdy poznanie jest ograniczone ziemskim sposobem poznawania. W niebie zaś będzie odwrotnie: poznamy Boga takim jaki jest, ale stopień naszej miłości nie będzie mógł już wzrastać.
Zdaje mi się, że do tej myśli nieraz nawiązywał w swoich konferencjach. Nie brak pewnie osób pamiętających np. Jego konferencję o N. Sakramencie, o której mi opowiadano. Usiadł przy ołtarzu i miał tak powiedzieć.
– Chciałem Siostrom wytłumaczyć, co to jest N. (Najświętszy) Sakrament…
Tu przerwał, zamyślił się, jakby przypominał sobie opracowany plan konferencji, a po długiej chwili miał ponoć tak się wyrazić:
– Co tu tłumaczyć? Przecież to takie proste….
I wyszedł z kaplicy.
A raz zapytała mnie pewna studentka, czy znam Księdza z Lasek, który przy rozdawaniu Komunii św. śmieje się. Mówiła, że jedzie tam specjalnie, aby Go w takim momencie zobaczyć.
Znany zaś powszechnie O. Daniel Rufeisen, karmelita bosy, po bliższym zetknięciu się z Nim w Stryszawie k/Suchej, u SS. (sióstr) Zmartwychstanek, określił Go jako człowieka posiadającego dar kontemplacji.
Do Stryszawy przyjechał wtedy Ks. Ali na początku listopada 1953 r. i nie fachowiec z trudem by musiał dopatrzeć się w Nim kontemplatyka. Przyjechał kurować się i np. skarżył się na nadgorliwość Siostry, która Go eskortowała.
Razem wybraliśmy się kiedyś na spacer i miałem okazję podziwiać Jego prostotę. Nieprzygotowany bowiem na taką ewentualność szedł w stroju turystycznym, który wzbudzał ogólną wesołość u towarzyszących nam Sióstr. Co więcej! Na jednym z pagórków, gdzie dalszą widoczność zasłaniały nam świerki, nasz Turysta o duszy dziecka i zgrabności niedźwiedzia wdrapał się na drzewo i stamtąd opisywał to, co było zakryte przed oczyma rozbawionego tą sceną duchownego towarzystwa.

Ks. Ali na drzewie 🙂👏🏼💪🏽

Był dziecięcy, ale nie naiwny. Miał swój sąd krytyczny, także o ludziach z Nim zaprzyjaźnionych, i to nawet wysoko postawionych. Ze zdumieniem usłyszałem raz z Jego ust słowo „bałaganiarz” w odniesieniu do pewnego poczciwego Dziekana, który wysilał się na zewnętrzne akcje duszpasterskie.
Duszpasterstwo było chyba największą miłością Izabelińskiego Proboszcza, ale rozumiał je jako rzetelne wprowadzanie bliźniego w atmosferę Bożą, a nie pozowanie na „rządcę dusz”.

Na długo przed reformami liturgicznymi utworzył w swoim kościółku parafialną wspólnotę wiernych, spośród której wywoływał od ołtarza pana N. (nie pomnę nazwiska) z uprzejmą prośbą, żeby zechciał przeczytać Lekcję mszalną. Ale kiedy entuzjazmowano się wprowadzeniem przez Niego gotyckich ornatów, wytykał jednostronność w sprowadzaniu liturgii do form zewnętrznych.
Cechował Go jakiś zdrowy katolicki instynkt powrotu do prostoty ewangelicznej.

W tamtych latach mogło to uchodzić za oryginalność czy dziwactwo. Ale obecnie, po II Soborze Watykańskim, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ks. Aleksander Fedorowicz stał się na naszym terenie swego rodzaju prekursorem doniosłych zmian, jakie za dni naszych dokonały się w Powszechnym Kościele.
A tym, którzy mieli szczęście zetknąć się osobiście z Papieżem Janem XXIII, nasuwa się nieoparte skojarzenie wielu podobieństw – oczywiście, z zachowaniem należytej proporcji – pomiędzy tymi Postaciami.

Ks. Tadeusz Gogolewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.