Dobrodziejstwa od Księdza Aleksandra przyjmowało się bez onieśmielenia.

Mija rok od opublikowania pierwszego wpisu. W styczniu 2020 r. narodziła się myśl i pragnienie, żeby przez tę formę przekazu w sposób przystępny i ciekawy zaprezentować Postać, która niezmiennie fascynuje i inspiruje nas  – Wolontariuszy Fundacji – zarówno w życiu prywatnym jak i w pracy dla tego Dzieła. Czy udało nam się zdobyć Wasze serca dla Księdza Alego? Mamy nadzieję, że choć trochę. Pragnęliśmy, aby Każdy znalazł na blogu coś dla siebie – coś, co w danej chwili jest Mu szczególnie bliskie i potrzebne, by stawać się lepszym Człowiekiem. Za wszystkie komentarze, wskazówki i dobre słowo dziękujemy. Zapraszamy nadal do zaglądania na blog, budowania się słowem ks. Aleksandra, komentowania i subskrypcji. Jesteśmy dumni, że w naszej parafii mieliśmy tak wspaniałego świętego Kapłana. Obyśmy na naszej drodze spotykali właśnie takich Duszpasterzy, którzy własnym życiem świadczą, że Bóg jest Miłością.

Zapraszamy dzisiaj na nowe świadectwo o ks. Alim. Właśnie dlatego, że ks. Aleksander był prawdziwy w ukazywaniu tej Jedynej Miłości przez świadectwo swojego życia – dobrodziejstwa od Niego przyjmowało się bez onieśmielenia i skrępowania.

***

We wrześniu 1954 r mnie i moje dzieci spotkało wielkie nieszczęście. W tragicznych okolicznościach umarł mój mąż. Ksiądz Aleksander Fedorowicz, który nas przedtem nie znał, dowiedziawszy się zabrał na Święta Bożego Narodzenia osierocone dzieci do Izabelina. Odtąd wszystkie święta i wakacje spędzała moja córka w Izabelinie. Ja przyjeżdżałam zwykle na 1-2 dni zobaczyć dziecko i widziałam jak mu tam było dobrze. Kiedy jednego roku w lecie siostra Księdza Aleksandra pani Meissnerowa (Maria, wyszła za mąż za Karola Meissnera – przyp. FPA) wyjeżdżała ze swoimi dziećmi w góry, Ksiądz uprosił ją, aby wzięła także moją córkę.
Dobrodziejstwa od Księdza Aleksandra przyjmowało się bez onieśmielenia i skrępowania, tak często odczuwanego gdzie indziej. Wszystko bowiem, co robił dla ludzi było przepojone miłością, jednak bez cienia sentymentalizmu. Dla parafian kościół w Izabelinie i uboga plebania to był własny dom, niezawodna pomoc. Kiedy sytuacja wymagała Ksiądz Aleksander umiał szybko powziąć decyzję co czynić i jak mówić.

We wrześniu 1957 r wygłosił wspaniałe przemówienie w czasie uroczystego nabożeństwa i poświęcenia krzyża we wsi Pociecha, na pamiątkę poległych żołnierzy polskich. Słuchaliśmy jak urzeczeni, tyle było dostojeństwa w Jego słowach.
O kościele izabelińskim i jego znaczeniu w świetle postanowień Soboru napisano już wiele. Trzeba napisać także jak dużo modlił się Ksiądz Aleksander. W czasie nabożeństw był ciągle razem z ludźmi. Jeżeli sam nie odprawiał, siadał wśród swoich parafian, przeważnie między dziećmi. Modlono się też po nabożeństwie za chorych, nieszczęśliwych, za nieobecnych. Dziękowano za wszystkie łaski otrzymane, a także za obfitości grzybów w lasach co podreperowało finanse parafian. Recytowane części mszy były mówione bezbłędną łaciną. Ksiądz Aleksander miał wielkie nabożeństwo do Matki Bożej. Zwracało również uwagę Jego wielkie poszanowanie dla przepisów Kościoła i władzy duchownej.

Prostota ks. Alego. Dzieci chętnie przybiegały na plebanię do Sióstr i Księdza.

Pracowali w Izabelinie wszyscy domownicy. Widziałam jak Ksiądz Aleksander sprzątał po posiłkach ze stołu, przywoził w starej teczce zakupy z Warszawy, naprawiał gdy się co popsuło, froterował podłogę w prezbiterium, wyładowywał z wozu przywieziony węgiel, mył okna na chórze w kościele. Okno było duże i wysoko, więc Ksiądz wiązał stare drabiny i stojąc na nich jednocześnie uczył ministrantury swoich małych, bosonogich parafian, oczywiście wtedy jeszcze po łacinie.
Nigdy nie było wiadomo z kim się będzie jadło posiłki w Izabelinie. Ktokolwiek przychodził bowiem w tym czasie na plebanię był traktowany jak gość od dawna oczekiwany, z radością witany i zapraszany do stołu.
Szumnie zwany „pokój” Księdza nad kościołem to była malutka izdebka. W niej Ksiądz mieszkał i pracował. Kiedy w lecie okno tego pokoiku było otwarte pakowały się przez nie roje drobnych muszek i komarów, kiedy było zamknięte, można się było udusić. W kilka lat po śmierci księdza wzięłam klucze i poszłam tam. Na ścianie nad schodami wisiało jakieś ubranie. W pierwszej chwili zdziwiło mnie, co tu robią wypłowiałe, znoszone rzeczy. Dopiero przy bliższym spojrzeniu poznałam, że to „starzy znajomi” – stroje Księdza Aleksandra. W zimie chodził w jakimś palcie, które kiedyś i dla kogoś pewnie było dobre.
Wieczorami późno wracał często z odległych, rzuconych w lasach wsi, bo w tej parafii była nieustająca „kolęda”.
O sobie mówił: „Bo ja jestem taki nieuważny”, „jestem bardzo nieśmiały”, „bardzo sobie wyrzucam to zapomnienie”, „tak mi żal ludzi kiedy ich spowiadam, że się tak muszą upokarzać”.

Parafianie przed kościołem.

Kiedy przyszła choroba nie słyszało się nigdy skargi. Raz jeden tylko, patrząc na kościół, plebanię i całą okolicę, powiedział z głębokim smutkiem – „czy ja tu długo będę”. Powiedział to tylko do mnie, nikogo więcej nie było.
Już w początkach choroby musiał obchodzić się z obandażowaną nogą jak z obcym przedmiotem. Kiedyś usiadł w lesie na swojej pelerynie, z wielkim trudem – właśnie z powodu tej nogi. A to przecież był dopiero początek. O tym jak było dalej pisano już wiele. On sam pisał: „tu w szpitalu mam doskonałą opiekę i dobrze mi się powodzi”. W Wielki Czwartek, 3 miesiące przed śmiercią: „Ciągle jestem zawieszony między domem a szpitalem… nie wiem jeszcze nawet gdzie spędzę święta…. Jestem coraz bardziej inwalidą.”
Ostatni raz widziałam Księdza Aleksandra w drugi dzień Wielkiejnocy, 19 kwietnia 1965 r, a więc niecałe 3 miesiące przed śmiercią. Kiedy weszłam do kościoła prosto z autobusu, zobaczyłam, że odprawia uroczystą sumę, na której ślub miała brać młoda para. Było to długi
e nabożeństwo.

Ks. Aleksander błogosławi młodą parę.

Po wyjściu z kościoła leżał u siebie na górze, później zszedł na obiad. Przy talerzu stały leki, wszystkie przyjął. Po obiedzie położył się już na dole, w pokoiku przy jadalni. Był opuchnięty, rozpalony gorączką. Polecał nas Bogu.
16 lipca 1965 r. dostałam o 17
(godzinie – przyp. FPA) telegram o śmierci Księdza Aleksandra. Córka była ze znajomymi w zapadłym kącie na wsi. Zawiadomiłam ją i pojechałam wcześnie rano do Izabelina, dzieci przyjechały po południu. Kiedy przyjechałam, trumna z surowych desek stała już w kościele, tak nisko, że prawie na ziemi. Pokryta była kwiatami z wiejskich ogródków, podobnymi do tych bukietów jakie się zanosi do kościoła w dzień Matki Boskiej Zielnej. W kościele było kilku zamodlonych parafian. Ucałowaliśmy brzeg trumny.

Prosta trumna, w której pochowany został ks. Aleksander.

Po południu przejechało wielu ludzi z Warszawy, z mnóstwem prześlicznych kwiatów. Pogoda była okropna, padał ulewny deszcz. Zaniesiono trumnę przez lasek za domem na cmentarz, który Ksiądz Aleksander sam kiedyś założył. Staliśmy nad grobem w tym ulewnym deszczu. Grób był wyłożony cegłami i zarzucony kwiatami nasturcji.
Na końcu pozostaje mi tylko prosić, aby cichy, pokorny Ksiądz Aleksander, pełen prostoty i nie lubiący rozgłosu, zechciał mi wybaczyć, że tyle teraz zdradzam „tajemnic domowych”.

Wszystko co napisałam w razie potrzeby jestem gotowa zeznać pod przysięgą.

Łódź, dnia 14 listopada 1975 r.
Chyżewska Mieczysława (podpis odręczny)

Stwierdzam autentyczność podpisu p. Chyżewskiej
ks. Jan (podpis nieczytelny)
(pieczęć: Rzymskokatolicka parafia św. Franciszka z Asyżu w Łodzi)
Łodź, 17.XI.75

Fragment świadectwa M. Chyżewskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.