Teraz dopiero ludzie zrozumieli czym jest życie.

Każdy ma jakiś swój koniec świata. Dla jednych to choroba lub śmierć najbliższych, dla innych utrata pracy… Szczególnie dzisiaj, w obliczu pandemii, jesteśmy doświadczani lękiem o siebie i najbliższych. Ks. Aleksander w Pamiętniku piórem nastoletniej dziewczynki zanotował: „Zdaje mi się, że ten koniec świata mnie całkiem zmienił i że już nie potrafiłabym być taka, jak przedtem, i myśleć tak jak dawniej.”

Według ks. Dominika Chmielewskiego odwaga jest omodlonym lękiem. Tej odwagi w tych trudnych czasach życzę Nam wszystkim 🙂

Ks. Jan Twardowski o Pamiętniku:

Ks. Aleksander, który w artykule „Odpowiedź” stojąc na stanowisku tomistycznym pisze:  „przez kontemplację rzeczy stworzonych ludzki umysł dochodzi do kontemplacji Boga. Im więcej wnika w rzeczywistość świata, jego piękno, harmonię, prawa, rozwoju, tym jaśniej odczytuje prawdę o Bogu, która się narzuca jako spontaniczny wniosek” — podchwytuje teraz egzystencjalistyczne tendencje czasów w których żył. Zbliża się do św. Augustyna. „Niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Bogu” — pisał św. Augustyn. W obliczu katastrofy świata dziewczynka odnajduje Boga. Bóg, powiedziałby Pascal, pojawia się jako „odwrotna strona: rozpaczy”. Przychodzi do konfesjonału, tym razem wyznaje, że wierzy. Nie tyle ze strachu, jak mówi, ale dlatego, że zaczęła myśleć. Komu z nas, czytającemu o jej decydującej spowiedzi, nie przypomina się spowiednik Anielki w nowelce Bolesława Prusa. On też milcząc, zasłania twarz fularową chustką.

Pod bardzo prostymi tekstami ks. Aleksandra Fedorowicza kryje się pamięć najlepszych źródeł i świadomość nastrojów czasu. Pamiętam, kiedyś wpadłem do Lasek, kiedy ks. Aleksander prowadził rekolekcje dla sióstr. Pozwolono mi wejść i posłuchać. Po konferencji zapytano ks. Aleksandra co myśli o znanym powiedzeniu: „Smutny święty — to żaden święty”. Odpowiedział, że święty jest człowiekiem prawdziwym, a człowiek prawdziwy płacze i się uśmiecha, że najpiękniejszy uśmiech ma ten, który najwięcej cierpiał. Zwrócił przy tym uwagę, że w Mszale po modlitwie w intencji kapłana, bezpośrednio znajduje się modlitwa o dar łez (20 pro seipso sacerdote, 21 pro petitione lacrimarum).

„Pamiętnik, którego nigdy nie było” jest naprawdę drobiazgiem, żartem. Możemy jednak odgadnąć, że ks. A. Fedorowicz dzięki wrodzonemu darowi prostoty przełożył na język dziecka wiele tematów poważnych, z jakimi się stykał w swojej pracy. Uczynił to z uśmiechem. Cały pamiętnik jest uśmiechnięty, tym uśmiechem, który pięknieje w miarę jak przychodzi cierpienie. Wskazuje na zainteresowanie humanistyczne, lekturę, która weszła w podświadomość, wrażliwość, na słowo — to, co zbliża do ludzi. Mówiono wiele o uśmiechu ks. Aleksandra, Uśmiech, ten pozostał na jego fotografiach, oczywiście na tyle, na ile może fotografia cokolwiek z uśmiechu ludzkiego ocalić. Nie był na pewno zewnętrznym, przelotnym urokiem twarzy, rodził się od wewnątrz, od niewidocznej strony serca, jak pogodne patrzenie duszy dojrzewającej do cierpienia.

 

***

Pamiętnik, którego nigdy nie było.
Część 4

 

3.X.   Już tylko miesiąc do skończenia świata. Dzieją się straszne rzeczy.

Wszyscy są przygnębieni i zdenerwowani zarazem. Kiedy widzę swoje odbicie w jakiejś szybie czy lustrze, to mi jest bardzo dziwnie, że jestem, i tak mi się zdaje, jakbym umarła, i że już jest po końcu świata. Teraz ja już mocno wierzę w Boga. W ostatnich tygodniach chodziłam często do kościoła i pomału zaznajomiłam się z Tym, który tam mieszka. Nauczyłam się czytać Ewangelię i zrozumiałam, że On jest mocniejszy niż cały świat. I to jest dziwne, że równocześnie jest taki słaby, że każde dziecko, które Go kocha panuje nad Nim. Tylko On mógł zrobić z ziemi kwiaty, zwierzęta, ptaki i mnie, bo bez wielkiej miłości to wszystko się stać nie mogło.

Dawniej się często zastanawiałam, czy więcej kocham Mamusię, czy Franka, ale teraz wiem, że najwięcej kocham Pana Boga, a Mamusię kocham bardzo i Franka także, tylko inaczej. Jak byłam u spowiedzi, to  ksiądz często wycierał nos i mnie się zdawało, że płakał, a potem nie gniewał się na mnie za grzechy, tylko powiedział, że mam Panu Bogu dziękować. Ktoś mi powiedział, że ja ze strachu zrobiłam się pobożna, ale mnie się zdaje, że zbliżający się koniec świata sprawił tylko to, że zaczęłam się zastanawiać i rozumieć takie rzeczy, o których nigdy przedtem nie pomyślałam.

Wierzę w Boga a jednak się bardzo boję tego końca świata. Już chyba nie będę dalej pisać w pamiętniku.

rys. Basia Podlewska

4.XI.   Nie będzie końca świata, nie będzie, nie będzie… Moje czarne warkocze są uratowane. Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Nie wiem, jak to się stało, ale ta okropna gwiazda już na nas nie wleci. Nasz profesor będzie znowu rysował i liczył na tablicy, ale ja tylko jedno wiem, że nie wleci i nie będzie wybuchu, tylko nasza stara poczciwa ziemia znowu się będzie kręcić spokojnie naokoło słońca. Dlaczego?  Niech się tym „Problemy” martwią. Już wyszedł nowy numer po długiej przerwie. Są różne artykuły: „Indeterminizm w makrokosmosie czy nieznane  zjawisko świetlne?”, „Astronomowie ścigają teleskopami znikającego potwora”, „Ziemia ma przed sobą miliony lat” itp. Teraz przynajmniej czuję się bezpieczna.

W ogóle nie da się opisać, jaka radość zapanowała po ogłoszeniu komunikatu. Ludzie na ulicy tańczyli, krzyczeli, ściskali się. W tydzień później już wszystko po dawnemu. Tramwaje dzwoniły, robotnicy wrócili na budowy, fabryki ruszyły. Życie się zaczęło na nowo, tylko każdy się cieszył, że może jeszcze coś robić, budować, jeść, śmiać się, a nawet płakać. Teraz dopiero ludzie zrozumieli czym jest życie.

5.XI.   Nie wiem dlaczego często wspominam opowiadania o Oświęcimiu. Tam był prawdziwy koniec świata. Oni też oczekiwali, ale ich nie ominęło. Jak przychodziły transporty Żydów, to tysiące i tysiące szły jak rzeka do krematorium. Szli mężczyźni i kobiety z niemowlętami. Szły dziewczęta z czarnymi warkoczami i błyszczącymi oczami, szli chłopcy a każdy z nich niósł ze sobą cały swój świat. Odbierali im wszystko, ale tego co nieśli w sobie nikt im odebrać nie mógł. Rzeka wpadała do krematoryjnych budynków i tam się nagle urywała. Nikt stamtąd nie wychodził. Całe tłumy ciał zmieniały się w gryzący dym i w popiół. Kiedyś się zastanawiałam czy jak się pali książkę, to czy oprócz papieru i farby drukarskiej pali się to co w niej jest napisane. I  dziś jeszcze nie wiem, jak to z książką jest, ale już wiem na pewno, że człowieka spalić nie można, bo człowiek to jest coś dużo więcej niż 53 kg ciała i czarne warkocze. Dziś jest Dzień Zaduszny. Panie, daj pokój spalonym.

Zdaje mi się, że ten koniec świata mnie całkiem zmienił i że już nie potrafiłabym być taka, jak przedtem, i myśleć tak jak dawniej. Ale mimo to Franka kocham i strasznie się boję iść do spowiedzi, bo się z nim znowu całowałam.

 

Koniec.

 

 

One Reply to “Teraz dopiero ludzie zrozumieli czym jest życie.”

  1. Powtórzę słowami Bohaterki „Nie będzie końca świata, nie będzie, nie będzie… ” – widzę Twój uśmiech, Księże Aleksandrze, każdego dnia po przebudzeniu, i ufnie, w pokorze przed Panem Bogiem, proszę o Cud za Twoim wstawiennictwem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.