Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #10

Dzisiaj już ostatnie wspomnienia o Zofii Fedorowicz w listach pisanych do niej przez syna ks. Aleksandra.

 

***

Matka. cd.

 

Raz w roku przecież, 15 maja, w dzień św. Zofii odbywała się uroczystość, która w pamięci wszystkich dzieci zapisała się w specjalny sposób. Pachniała bzami, dzieciństwem i tą wspaniałą matką. Ukazywała się ona wtedy w całym swoim dostojeństwie i wartości, której się na co dzień nie dostrzegało. Ali, wyczuwający najbardziej z rodzeństwa głębię i istotę życia, co roku w tym dniu, w tym jedynym dniu imienin, których datę umiał zapamiętać, będąc nieraz daleko od matki i w rozmaitych sytuacjach, przeżywał te uroczyste chwile z dzieciństwa od nowa.

Kamionki. Rodzice (siedzący pierwsi z lewej), Ali (w okularach), brat Tadeusz (w sutannie).

 

Pisał wtedy do niej listy.

Głęboka, 11. V. 1942 r.

„Kochana Mamo!

W tym roku żadne z dzieci nie będzie z Mamą na imieninach. Trochę to smutno dla Mamy, a także smutno dla dzieci. (…) dzieci na pewno będą o Mamie myślały. Jurek i Władzio u Pana Boga, Olga w Tientsinie, Tadzio i Janek gdzieś tam w Rosji, Marysia w Rabce, Anielcia we Lwowie a Druś i ja tu, na Głębokiej.

Wszyscy będziemy się czuli tymi dziećmi, które tak niedawno, przychodziły do Mamy szeregiem, z wielkimi bukietami pachnącego bzu, jeszcze mokrego od rosy, żeby złożyć Mamie imieninowe życzenia. Wspomnienie nastroju i zapachu tej chwili bardzo żywo mi w pamięci utkwiło.

Ja specjalnie mam jeszcze jedno bardzo przyjemne wspomnienie przed roku. Zbieranie śnieżyczek na Matragonie w dzień Mamy imienin. Tak nas Mama wychowała, że nie umiemy okazywać swojego uczucia na zewnątrz, ale jestem przekonany, że w duszach wszystkich dzieci jest ono głęboko zakorzenione. Jeżeli Mamę czasem dotknie jakaś kanciastość czy szorstkość któregoś z nas, to proszę pamiętać, że to jest coś całkiem powierzchownego i niedobrowolnego. Życzę Mamie szczęścia i radości. Proszę Boga, żeby Mamie wynagrodził to wszystko, co od Mamy dostałem.

Wakacje z mamą w Dubrowniku, czerwiec 1927 r.

Wszyscy jesteśmy Mamy własnością, bo nam wszystkim Mama dała życie naturalne, a podtrzymywała życie nadprzyrodzone.

Istnienie w ogóle a zwłaszcza życie duszy jest olbrzymim skarbem, za który nigdy nie będziemy dosyć wdzięczni Bogu i Rodzicom. Może to trochę wygląda na frazes, ale tak jest naprawdę. Zresztą te rzeczy dopiero w niebie jasno zrozumiemy. Myślę, że można każdego zbawionego człowieka porównać do pochodni, która się przez całą wieczność będzie palić po to, by Bóg miał chwałę a człowiek szczęście wieczne. Niemałą musi być zasługą zapalić jedną taką pochodnię, a co dopiero dziewięć, z których każda innym się będzie paliła płomieniem, zależnie od osobistych przymiotów, od drogi, po której ją Bóg prowadzi, i od łaski”.

Poza uroczystą okolicznościową korespondencją jest wiele zwykłych, uroczystych listów syna do matki, pisanych nie tylko do niej, ale przede wszystkim dla niej – żeby ją ucieszyć, żeby zaspokoić jej ciekawość i macierzyńską troskę. Zwykłą ciekawość i troskę kochającej kobiety o zdrowie, jedzenie, spanie. Ksiądz Ali jest zawsze trochę „miś” i trochę abnegat w sprawach dotyczących własnej osoby, ale w listach do matki, nie szczędzi drobiazgowych opisów dotyczących swojego życia. Zachował się list z sanatorium z Otwocka z 1947 roku. Cztery stronice dużego formatu zapisane drobnym pismem. To, co na nich pisał, nie było na pewno głównym przedmiotem jego zainteresowań. Ale matka była na pewno jednym z głównych przedmiotów jego miłości i to wystarczało, żeby potrafił i w ten sposób.

Zofia Fedorowicz przy wejściu do „gołębnika”, słynnej celi ks. Alego.

Otwock, 25. II. 1947

(…) Pokój podłużny jakie 5 x 3 1/2 m, wysoki, bardzo jasny, bo całą niemal jedną ścianę od południa zajmują wielkie oszklone drzwi na balkon. W pokoju mam wszelkie wygody. Dobre żelazne łóżko, wielka szafa z półkami w ścianie, umywalnia z bieżącą wodą i wielkim lustrem, w którym się codziennie przeglądam; prócz tego mam jeszcze miednicę i wiadro przywiezione z Lasek. Mam w pokoju porządny stół, przy którym w tej chwili siedzę, nakryty serwetką, a na stole kwitnący tulipan, bardzo czerwony, który mi siostry przyniosły w prezencie. Oprócz wielkiego stołu jest taki szpitalny stolik do przystawiania do łóżka z obracanym blatem.

Do tego umeblowania proszę jeszcze dodać trzy krzesła, szafkę nocną, kaloryfer, z którego dzień i noc promieniuje ciepło, i będzie mniej więcej pełny wygląd mego pokoju.

Zjawia się więc śniadanie: dzbanek wysoki i ładny, a w nim półtora litra mleka przeznaczonego już na cały dzień. Mleko jest od tutejszej szpitalnej krowy, nie oszukane. Chleb, masło, pasztet, czasem pączki, lub inne przysmaki. Po śniadaniu o godzinie dziewiątej wychodzę na werandę. Zjawia się siostra Antonina, główna pielęgniarka z mojego piętra II. Ustawia na werandzie wygodne polowe łóżeczko (…)”.

Wreszcie jeden jeszcze list imieninowy. Ostatni. Bzy jeszcze nie kwitły, wiosna tego roku była wyjątkowo chłodna. Ksiądz już po raz ostatni jest na Onkologii. Ma jeszcze przed sobą dwa miesiące życia.

Warszawa, 15. V. 1965

„Kochana Mamo

Choć w tym roku jeszcze bzy nie kwitną i wierszyka się nie nauczyłem, składam Mamie najlepsze życzenia imieninowe. Niech Bóg Mamę podtrzymuje i wspiera we wszystkich trudnościach życia. Niech będzie pociechą i światłem. Ja czuję się słaby, a lekarze uważają, że to na skutek intensywnego leczenia.

Ręce Mamy całuję i wszystkich serdecznie pozdrawiam”.

 

Pani Fedorowiczowa u syna w kancelarii parafialnej w Izabelinie.

(…)

Przyszła (…) chwila, że jeden z pokoików w domu rekolekcyjnym w Laskach opustoszał. Ksiądz Tadeusz zawsze zabiegany i pędzący, ruchliwy, wyskakuje kiedyś z autobusu. Biegnie. Ktoś go zaczepia. „Idę powiedzieć!”- zaczyna żywo. Nagle twarz mu tężeje, ręce opadają. Usprawiedliwia się cicho: „Prawda. Nic, nic już nie powiem!” Idzie wolno, nie spieszy się. Nie powie. Mama nie czeka. Pokój jest pusty.

cdn.