Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #11

***
Ojciec

„Tyś Jurkowi dała dobre dzieci, a mnie wnuki – pisze tato Fedorowicz. – Siedzę, leżę, dopiero za tydzień zdejmą gips z mojej nogi, więc myślę i dumam, a wielka część moich dumań kręci się koło tragicznie zmarłego w Maniowie Drusia i tak wspaniale poległego Jurka, krótkie jego życie, a śmierć wspaniała 11 IX 1939 r. Minęło już 10 lat. Gadać by się gadało dalej, ale pisać już ciężko. Kłopoczę się brakiem wiadomości o Oldze naszej i o Janku, ale dobre od Ciebie, Marysi i Anielci. No i radością są nam Tadzio i Ali. Z Alim dużo gadam o tym, co czytam tu w książkach i o tym, co w „Tygodniku” Ali pisze.”

Tak pisze ojciec rodziny – Aleksander Fedorowicz, zwany przez wszystkich Saszą. Dlaczego go tak z cudzoziemska nazywano?

Syn Tadeusz takie podaje wyjaśnienie dotyczące narodowościowego pochodzenia rodziny: „Fedorowiczowie byli rodziną ruską. Ojciec mego pradziadka był księdzem unickim, jego ojciec też był księdzem. Mój dziadek był jeszcze ochrzczony jako unita, ale wychowany całkowicie jako Polak ruskiego pochodzenia – gente ruthenus, natione polonus. Matka nasza wniosła do rodziny element czysto polski, była gorącą patriotką, ale bez nacjonalistycznego zabarwienia”.

A sam ojciec rysuje się w jego wspomnieniu tak: „Był niewysokiego wzrostu, barczysty, dobrego zdrowia i silny. Chorował tylko na reumatyzm i z latami coraz bardziej utrudniało mu to chodzenie. Podobny był do wuja swojej matki, Feliksa Fontona, Francuza, którego portrecik znajdował się w rodzinnych zbiorach fotografii. Była tam również i fotografia ojca w napoleońskim kapeluszu, z założonymi rękami, na której był niezmiernie podobny do Napoleona”.


Portret Ojca, Aleksandra Fedorowicza.

Głowę miał piękną, siwe oczy, duży orli nos, wąskie ładne usta, wysokie czoło (wcześnie łysiał). Jakiś kupiec, niemiecki Żyd z Hamburga, powiedział o ojcu: Ein wunderschoner Kopf.

Teraz, już z perspektywy czasu można również wyrysować sylwetkę duchową ojca. „Był wesół i bardzo żywego usposobienia, miły w obejściu, pogodny, żartobliwy. Żywo reagował na dobro, prawdę, na piękno. Lubił muzykę sentymentalną i wszelką nastrojowość. Sam trochę grywał na fortepianie. Kochał Podole, Klebanówkę, wieś. Kochał konie, na których znał się doskonale…

Religijność taty była tradycyjna i sentymentalna. Był bardzo przywiązany do wiary. Wiele filozofował na tematy ogólne, o Bogu, o duszy, o wieczności, ale nie lubił wchodzić w szczegółowe zagadnienia chrześcijaństwa, jakby się obawiał konkretu religijnego. Tato był niepunktualny, fantazyjny, różne obliczenia, nieraz doniosłe, robił niedokładnie, na mniej więcej i na tym nieraz źle wychodził. Ludziom ufał i dawał się nabierać”.

Tato jeszcze: „Lubił mechanikę. W domu miał warsztat stolarski, różne narzędzia do drzewa i metalu. Około roku 1921 kupił starego forda, potem steyra. Samochody wciąż się psuły i tato je z pasją naprawiał, coś przy nich majstrując i ulepszając. Jedna z kuzynek nazywała tego steyra nieruchomością wuja Saszy… Tato lubił tańczyć. Doskonale tańczył mazura i walca. Uczył nas tańca. Alego chyba nie uczył. Ali od początku chyba nie był do takich rzeczy. Szczególnym umiłowaniem tata było polowanie…”

 

Aniela Bartmańska z domu Fedorowicz wspominała: „Na spacery chodziły z nami psy nasze domowe legawce Tryncia i Argos”.

I tu Tadeusz, który był nieodłącznym towarzyszem tatowych polowań opowiada, jak to było. Z chartami i ze strzelbą, ze śrutem i z kulami, wtedy, gdy szli na wieczorne ciągi kaczek nad moczarami czy na zające na jesiennych ścierniskach albo znowu zimą, gdy to „tato lubił brać dwa charty do prostych sań pod baranicę i szukać lisa w polu. Tak kiedyś wziął nas dwoje- Olgę i mnie. Mam jeszcze w oczach śliczny widok rozległych pól, pokrytych grubo białym śniegiem, lśniących w słońcu, aż się oczy mrużyły, i w środku pola siedzącego, jak rudy słupek, lisa”.

 

cdn.