***
Ojciec
„Tyś Jurkowi dała dobre dzieci, a mnie wnuki – pisze tato Fedorowicz. – Siedzę, leżę, dopiero za tydzień zdejmą gips z mojej nogi, więc myślę i dumam, a wielka część moich dumań kręci się koło tragicznie zmarłego w Maniowie Drusia i tak wspaniale poległego Jurka, krótkie jego życie, a śmierć wspaniała 11 IX 1939 r. Minęło już 10 lat. Gadać by się gadało dalej, ale pisać już ciężko. Kłopoczę się brakiem wiadomości o Oldze naszej i o Janku, ale dobre od Ciebie, Marysi i Anielci. No i radością są nam Tadzio i Ali. Z Alim dużo gadam o tym, co czytam tu w książkach i o tym, co w „Tygodniku” Ali pisze.”
Tak pisze ojciec rodziny – Aleksander Fedorowicz, zwany przez wszystkich Saszą. Dlaczego go tak z cudzoziemska nazywano?
Syn Tadeusz takie podaje wyjaśnienie dotyczące narodowościowego pochodzenia rodziny: „Fedorowiczowie byli rodziną ruską. Ojciec mego pradziadka był księdzem unickim, jego ojciec też był księdzem. Mój dziadek był jeszcze ochrzczony jako unita, ale wychowany całkowicie jako Polak ruskiego pochodzenia – gente ruthenus, natione polonus. Matka nasza wniosła do rodziny element czysto polski, była gorącą patriotką, ale bez nacjonalistycznego zabarwienia”.
A sam ojciec rysuje się w jego wspomnieniu tak: „Był niewysokiego wzrostu, barczysty, dobrego zdrowia i silny. Chorował tylko na reumatyzm i z latami coraz bardziej utrudniało mu to chodzenie. Podobny był do wuja swojej matki, Feliksa Fontona, Francuza, którego portrecik znajdował się w rodzinnych zbiorach fotografii. Była tam również i fotografia ojca w napoleońskim kapeluszu, z założonymi rękami, na której był niezmiernie podobny do Napoleona”.

Głowę miał piękną, siwe oczy, duży orli nos, wąskie ładne usta, wysokie czoło (wcześnie łysiał). Jakiś kupiec, niemiecki Żyd z Hamburga, powiedział o ojcu: Ein wunderschoner Kopf.
Teraz, już z perspektywy czasu można również wyrysować sylwetkę duchową ojca. „Był wesół i bardzo żywego usposobienia, miły w obejściu, pogodny, żartobliwy. Żywo reagował na dobro, prawdę, na piękno. Lubił muzykę sentymentalną i wszelką nastrojowość. Sam trochę grywał na fortepianie. Kochał Podole, Klebanówkę, wieś. Kochał konie, na których znał się doskonale…
Religijność taty była tradycyjna i sentymentalna. Był bardzo przywiązany do wiary. Wiele filozofował na tematy ogólne, o Bogu, o duszy, o wieczności, ale nie lubił wchodzić w szczegółowe zagadnienia chrześcijaństwa, jakby się obawiał konkretu religijnego. Tato był niepunktualny, fantazyjny, różne obliczenia, nieraz doniosłe, robił niedokładnie, na mniej więcej i na tym nieraz źle wychodził. Ludziom ufał i dawał się nabierać”.
Tato jeszcze: „Lubił mechanikę. W domu miał warsztat stolarski, różne narzędzia do drzewa i metalu. Około roku 1921 kupił starego forda, potem steyra. Samochody wciąż się psuły i tato je z pasją naprawiał, coś przy nich majstrując i ulepszając. Jedna z kuzynek nazywała tego steyra nieruchomością wuja Saszy… Tato lubił tańczyć. Doskonale tańczył mazura i walca. Uczył nas tańca. Alego chyba nie uczył. Ali od początku chyba nie był do takich rzeczy. Szczególnym umiłowaniem tata było polowanie…”

I tu Tadeusz, który był nieodłącznym towarzyszem tatowych polowań opowiada, jak to było. Z chartami i ze strzelbą, ze śrutem i z kulami, wtedy, gdy szli na wieczorne ciągi kaczek nad moczarami czy na zające na jesiennych ścierniskach albo znowu zimą, gdy to „tato lubił brać dwa charty do prostych sań pod baranicę i szukać lisa w polu. Tak kiedyś wziął nas dwoje- Olgę i mnie. Mam jeszcze w oczach śliczny widok rozległych pól, pokrytych grubo białym śniegiem, lśniących w słońcu, aż się oczy mrużyły, i w środku pola siedzącego, jak rudy słupek, lisa”.
cdn.