Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #8

***

Matka

 

Piętnastego lipca 1966 roku, w dwa tygodnie po śmierci Zofii Fedorowiczowej, przyszedł list od jej najstarszej córki, misjonarki w Pekinie. W liście tym Olga pisze o matce: „Pewnie Mama była zmęczona chorobą i cierpieniami tej ziemi i Ali przyszedł ją wziąć prawie w rocznicę swojej śmierci”. A potem o sobie: „Śmierć naszych bliskich wpływa na mnie odnawiająco. Pomaga lepiej spełniać obowiązki”.

Czy mama była zmęczona chorobą i cierpieniami? Obiektywnie na pewno tak. Miała już niedługo skończyć dziewięćdziesiąt lat. Nie cierpiała może bardzo, ale z pewnością było jej „niewygodnie”, jak to w ciężkich już cierpieniach określał przed rokiem jej syn Aleksander, i była na pewno zmęczona. Gdy córki pielęgnujące ją w zakładowej infirmerii w Laskach zaniepokojone długotrwałym nieprzyjmowaniem pokarmu zapytały, czy czegoś by jednak nie zechciała, odpowiadała spokojnie i beznamiętnie: „Śmierci”. Ale zaraz potem brała gazetę, czytała nagłówki, uśmiechała się do zawartych w niej wiadomości, opowiadała o Alim, a raczej odpowiadała na zadawane jej pytania. Trzeba było przecież wykorzystać tego ważnego i w wielu sprawach jedynego świadka, który odchodził.

Zofia Fedorowicz, z domu Kraińska, mama ks. Aleksandra.

Była świadoma, że w tym charakterze występuje. Informacje, które podawała, były ścisłe. Zresztą nie potrafiła mówić w sposób nieścisły. Żyła normalnie, zwyczajnie, teraźniejszością, bez wybiegania w przyszłość, bez załamań, bez pragnień, nawet bez pragnienia śmierci, choć to wydawałoby się zupełnie uprawnione. Jeśli o niej mówiła, to dlatego, że to było najbliższe, czekające ją kolejne wydarzenie dnia, które może nastąpić po dzwonie na Anioł Pański, czy wówczas, gdy w infirmerii usłyszy się szczęk roznoszonego obiadu.

„Pewnie Ali po mnie przyjdzie”- mówiła 16 czerwca, w urodziny najmłodszego syna. Ale gdy nie przyszedł – „to może Druś”- powiedziała w dwa dni później. 8 czerwca był dniem urodzin starszego syna, Andrzeja, zmarłego tragicznie przeszło dwadzieścia lat temu.

To nawet trochę zadziwiało otoczenie, że tak dobrze pamiętała te wszystkie daty. Pamięć miała istotnie świetną, umysł żywy, do końca chłonny, niewygasłe nigdy zainteresowania światem, zdarzeniami, faktami. Ale to, że pamiętała te daty, tak różne od dat wydarzeń politycznych czy historycznych, zabarwione sentymentem, głębszym stosunkiem uczuciowym do bliskich, wydawało się w stosunku do mamy Fedorowiczowej dziwne. Urodziła przecież wiele dzieci. Dziewięcioro w ciągu trzynastu lat. Nawet nie wszystkich mogła karmić piersią, powierzała je piastunkom. Mogło się nawet wydawać, że nie przeżywała głębiej samego dnia urodzenia dziecka, a cóż dopiero pięćdziesiątą czy sześćdziesiątą rocznicę.

Wakacje z Mamą w Dubrowniku.

Życie duchowe matki uchodziło uwagi nawet najbliższych. Była tak bardzo zobiektywizowana, ścisła, rzeczowa, bez sentymentu – te cechy stały się później u wszystkich dzieci jednym z ich wewnętrznych nurtów, tyle, że występowały u każdego z nich w innej postaci, splecionej z jego własną indywidualnością. Było tak i u Olgi, na którą śmierć najbliższych wpływała „odnawiająco”, bo „pomagała spełniać obowiązki”.

 Ścisłość, rzeczowość, prawda „wyprana” z elementów wyobraźni i z naturalnego prawa, żeby była „moją”, subiektywną, była u niej w stopniu zadziwiającym, szokującym, niemal zabawnym.

– Czy pani dziś lepiej?- zapytano ją w chorobie.

– Lepiej? Nie wiem  w stosunku do kiedy, ani z czym ma być lepiej – odpowiedziała z nieubłaganą logiką, nieświadomie demaskując płytkość konwencjonalnego pytania.

Gdy w ostatnich, dramatycznych chwilach życia księdza Alego jego siostra Marysia chodziła z zaczerwienionymi oczyma i skarżyła się, że jej ciągle teraz łzy płyną, matka doradziła rzeczowo: „To idź do okulisty”. A nawet potem zapytała się, czy już posłuchała jej rady.

Ta rzeczowość i zobiektywizowanie były właściwością wszystkich Fedorowiczów. Cechą odziedziczoną po matce czy ukształtowaną przez nią? Tu już nie da się przeprowadzić linii granicznej. Najmłodszy syn Aleksander, wrażliwy, uczuciowy, trochę poeta, miał w sobie również te matczyne cechy. Lekarzy na przykład zadziwiał swoimi relacjami o stanie zdrowia. Jego słowa to był „rentgen”, jak powiedział któryś z nich. Były ścisłe i adekwatne do sytuacji, pozbawione jakiegokolwiek zaangażowania uczuciowego, mimo, że dotyczyły sprawy wcale nieobojętnej dla człowieka tak wcześnie odchodzącego, a tak jak on kochającego życie i tak bardzo umiejącego żyć.    

cdn.