Wspomnienia s. Klary Jaroszyńskiej #9

***

Matka. cd.

 

Była jeszcze jedna wspólna cecha wszystkich młodych Fedorowiczów – pobożność, choć może lepiej byłoby to nazwać – postawą wyraźnie chrześcijańską. Troje z nich wybrało stan duchowny, a wszyscy zachowali taką właśnie postawę. Czy był to wynik wychowania przez matkę?

Pytano o to księdza Tadeusza, pierwszego w rodzinie syna księdza. Pytano, jak wyglądało ich wychowanie religijne i czy matka często mówiła z nimi o Bogu. Ale w odpowiedzi ksiądz Tadeusz tylko się roześmiał. Pytanie wydało mu się wręcz zabawne. Ich mama? Nie, nie mówiła nigdy.

Mama ks. Aleksandra w izabelińskim kościele.

A przecież czasem musiała o Nim mówić słowami katechizmu. Dzieci były przygotowywane do pierwszej Komunii świętej przez matkę. Miały nauczycielki domowe, nianie, kochaną „Madamcię”- Francuzkę, ale naukę prawd wiary matka pozostawiała dla siebie. Musiała uczyć dobrze. Młodzi Fedorowiczowie dopuszczani byli do sakramentów bez przechodzenia przez katechizację oficjalną. Miała wprawdzie i pojętnych uczniów. Coś w nich było takiego, że słowo Boże w nich się zakorzeniało. To „coś” może też było darem matki.

Salon we dworze w Kamionkach, w którym Mama uczyła dzieci katechizmu.

Ksiądz Tadeusz wspomina: „Przy tym kominku w salonie mama uczyła nas katechizmu. Tak wyraźnie pamiętam te lekcje, na które przychodziłem z Olgą o rok młodszą ode mnie. Nie wiem ile miałem lat, zapewne miedzy szóstym a dziewiątym rokiem. Matka uczyła nas z dwu książek – zdaje mi się ks. Boczara – obie oprawne w twarde, popielate okładki, cieńsza była katechizmem, a gruba biblijką. Pamiętam wiele ilustracji z tej biblijki: stworzenie świata, Noego z tęczą, Abrahama z Izaakiem i wiele, wiele innych. Potem w czasie studium teologii, profesor Nowego Testamentu ks. Piotr Stach na pierwszym roku studiów kazał nam napisać, co pamiętam z nauki Pisma świętego z gimnazjum? Starałem się sobie przypomnieć i nic nie pamiętałem, ale lekcje z mamą, obrazki i opowiadania słuchane przed kominkiem wciąż mi stawały w pamięci. Zrozumiałem wtedy, jak wielką wartość ma nauka religii z matką”.

Cerkiew w Klebanówce.

Mama uczyła jeszcze w inny sposób. „Pozostał mi w pamięci obraz mamy klęczącej w cerkwii w Klebanówce czy w kościele w Jacowcach, na kamiennej posadzce, pochylonej w kornej modlitwie, z bojaźnią Bożą, w głębokim skupieniu. To nie było odbywanie modlitwy, ale prawdziwa, rzeczywista modlitwa, rzeczywiste stawienie się przed obliczem Bożym. To było świadectwo, że Bóg jest. W ogóle mama traktowała rzeczy Boże na serio i wiedzieliśmy, że to są rzeczy ważne, najważniejsze.”

Nie wydawało się przecież, żeby się kiedy wzruszała czy żeby filozofowała. Niemało więc zadziwiło zachowanie się dziewięćdziesięcioletniej już blisko kobiety w okresie poprzedzającym śmierć. Obydwie córki, Marysia i Anielcia, czuwające przy umierającej – a umieranie trwało cały miesiąc – zapisały dziwne słowa. Powtarzała je bezwiednie, jakby tylko myślała, a niektóre z tych myśli materializowały się w dźwięki, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. Słowa te nie były do nikogo skierowane. Jakoś nagromadziły się w niej w czasie tego długiego życia i teraz wyzwalały się, gdy już traciła kontrolę nad swoimi zmysłami: „Budować drogi świata, wszędzie budować. Iść do Dobra. Daleka droga. Trudno się tam dostać. Każdy każdemu, ile może dobra robić, a będzie dobrze. Trzeba wszystko zostawić. Jest tylko Bóg. Trzeba naprawdę uwierzyć. Mała droga. Właśnie, że noga boli, że w głowie się kręci, to ta mała droga. Chciałabym tak już dojść, a tak nie można. Wiara, miłość. Deo gratias. Światło, ciemność. Porównać dobro i zło, wszędzie, na każdym miejscu. Nazwać dobro i zło, życie i śmierć.”

Tak mówiła w ostatnim tygodniu życia ta matka, która z dziećmi „nigdy nie rozmawiała o Bogu”.

Różnie też można by oceniać jej uczuciowość i umiejętność kochania. Ona sama przed śmiercią powiedziała: „Wiem, że najbardziej trzeba kochać dzieci. Ale ja najbardziej kochałam… kwiaty”.

Wakacje z Mamą w Dubrowniku, czerwiec 1927 r.

cdn.